niedziela, 22 kwietnia 2012

Mauretania - żyjąc z potomkami piratów pustyni - fragmenty dziennika

Fragmenty dziennika z podróży, prowadzonego latem 2006 roku. (Tekst został dostosowany do filmu zrealizowanego w Mauretanii.)


W końcu dojeżdżamy do miejsca, w którym przyjdzie mi spędzić kilka dni. Oaza Teizent, w której mieszka Mounir z rodziną. Moja wizyta staje się dużym wydarzeniem. Oaza jest trudno dostępna i nie przyjeżdżają tu turyści.
Poznaję kobietę w czarnym, farbującym stroju, która jest nauczycielka o imieniu Hindi i oprócz Bouh jest jedyną osobą, znającą tu dobrze angielski. Poznaję też rodzinę Mounira: jego młodą żonę Zeńbę oraz jej siostrę, Aiszę. Na widok kamery kobiety chowają swoje twarze. Dopiero po kilku dniach zostanę w pełni zaakceptowany.
Ulokowano mnie w przypominającej igloo chacie Mounira, zbudowanej jak większość w oazie - z żerdzi, patyków i skręconych liści palmowych. Jedynymi sprzętami wewnątrz są słomiane maty, koce, poduszki, butla gazowa i… charczący magnetofon.
Z powodu mojej obecności do chaty zawitało kilka osób. Posiłek przynosi zawsze jedna z dziewczyn. Wszyscy jedzą tu z jednej miski bez używania sztućców. Kiedy mężczyźni się posilają, kobiety siedzą z tyłu. W ciągu dnia upał jest trudny do zniesienia i cała społeczność na ogół spędza kilka najgorszych godzin w chatach. Brak jakichkolwiek rozrywek wydaje się tu nikomu nie przeszkadzać. Kilka razy w ciągu dnia zaparza się herbatę w ten sam sposób, przelewając wielokrotnie płyn pomiędzy małymi szklankami, do uzyskania wysokiej pianki.
Ważnym miejscem oazy jest wąska, głęboka studnia, przy której niemal zawsze wciąż się ktoś kręci. (…) Na początku mojego przyjazdu dzieci próbowały nieśmiało żebrać, w końcu jednak coraz częściej słyszę swoje imię. Czuję się tu bezpiecznie od samego przyjazdu. Jest w tym jakaś prawidłowość tak w Azji jak i Afryce: im skromniejsza społeczność, tym bardziej przyjaźnie nastawiona.
Codziennym rytuałem o tej porze roku jest zrywanie daktyli. Gdy Aisha potrzebuje owoców, prosi o pomoc Hasana, który zawsze chodzi w golfie chroniącym go przed ostrymi liśćmi palmy i ze sznurem na ramieniu, przywiązując się nim do drzewa. Ogromnym szacunkiem otacza się tu starszych ludzi. W przeciwieństwie do naszej cywilizacji, tutaj wciąż są oni uosobieniem mądrości.
Kiedy słońce nie jest już tak dokuczliwe, wspinam się z kilkoma młodymi ludźmi na pobliski klif. Widok doliny przypomina archaiczną mapę, z naznaczonymi na niej w dziwnej perspektywie domostwami i ludzkimi sylwetkami. Kiedy przeminie pora sucha, wszyscy rozejdą się do swoich innych domów. Część na pustynię, inni, mający dzieci pójdą do miejsc, w których są szkoły. W dolinie znajdują się całe ciągi małych osad oddzielonych palmowymi gajami. Wieczorem z miasta wracają z pracy mężczyźni. Większość z nich zajmuje się sprzedażą daktyli. Kilku mieszkańców posiada jeepy służące za taksówki.
 Po zachodzie słońca przyprowadza się na noc wielbłądy i wiąże je w pobliżu studni. Pięć razy dziennie oddaje się pokłony Allachowi. Ostatni już o zmroku. Niektórzy modlą się w małej grupie pod przewodnictwem mułły w prowizorycznym meczecie, jednak moi gospodarze oddają cześć Allachowi w chacie, bijąc pokłony w kierunku wschodnim. Jak wszyscy w oazie, śpię przed chatą i trudno mi zasnąć pod rozświetlonym gwiazdami niebem.
Kolejny dzień. Dopóki słońce jest stosunkowo nisko, spędza się czas na matach i kocach w cieniu chat. Poranki rozpoczynają się zawsze od herbaty. Obserwuję, jak oaza powoli budzi się do życia. Wszystko jakby spowolnione. Nikt się nigdzie nie śpieszy. W pobliżu chaty Mounira zauważam stertę kamieni wykazującą celowe rozmieszczenie. Okazuje się, że to stary cmentarz.
Postanowiliśmy odwiedzić rodzinę Bouh. Każdy wyjazd z oazy Teizent to obowiązkowy, krótki postój w miasteczku Atar, gdzie dokonujemy drobnych zakupów. (…) Kierujemy się na północny zachód w kierunku miasta Ouadane. Na pustkowiu łapiemy gumę. Najwyraźniej nie jest to pierwsza taka awaria, bo wymiana koła odbywa się bardzo sprawnie. Gdyby to było coś poważniejszego, niewątpliwie mielibyśmy problem, bo bardzo rzadko mija nas jakikolwiek pojazd.
Stare Ouadane zbudowane w X wieku na szlaku karawan, pełniło funkcję ksaru, czyli ufortyfikowanej osady z gliny i kamienia. Ely oprowadza mnie po wąskich uliczkach wśród starych ruin. Podobno to największa atrakcja turystyczna Mauretanii, ale nie spotykam tu nikogo. Miasto zniszczyły ulewne deszcze i ludzie zbudowali w sąsiedztwie nowe domy. Słońce bardzo mnie osłabia i resztkami sił wracamy do rodzinnego domu Bouh. Wymiotuję. Kiedy leżę na matach i otwieram oczy, tańczy nade mną Ely i Mounir. Egzorcyzmy? Taniec voodoo? Czy to ma dodać mi sił? Po pewnym czasie rzeczywiście odzyskuję trochę energii i wyjeżdżamy poza obręb miasta w kierunku wysokiego klifu. Przyjaciele pokazują mi ryty. Największy gładki głaz pokryty jest napisami i rysunkami. Najstarsze, najbardziej spatynowane, przedstawiają zwierzęta i jeźdźców. Ta wspaniała skała jest jak kronika spisywana od tysięcy lat.
Odwiedzamy kolejną, znajomą rodzinę nomadów, którzy częstują nas herbatą i daktylami. Ludzie ci są skromni, dumni i gościnni. Kobiety pokazują mi kamienne groty strzał, jakie znalazły na pustyni. Z chęcią mi je sprzedają po krótkich targach za 500 ougija, co jest równowartością około 3 dolarów. Są piękne, ale czy autentyczne?
W domu najważniejszą osobą jest ojciec Bouh. Wszyscy niezwykle go szanują. Kiedy ktoś z nim rozmawia, nawet nie patrzy mu w oczy. Ja także odczuwam respekt i nie odważam się go filmować. Zaprzyjaźniam się z dziećmi: córką Bouh i jej dwoma małymi kuzynkami. Początkowo nieśmiałe, kiedy narysowałem ich portrety, nie odstępują mnie na krok, ucząc swojego języka.
Dojeżdżamy na miejsce zawodów strzeleckich, w których bierze udział brat Bouh - Moulay. Długo trwają powitania a rozmówcy często nawet nie patrzą na siebie, jakby próbując przypomnieć sobie jak największą ilość krewnych, o których wypada spytać. Cele oddalone są ponad 100 metrów. W zawodach oprócz Moulaya bierze udział jeszcze kilku mężczyzn, którzy wspólnie kupili naboje do karabinu. Wśród kibiców nie ma kobiet. Wygrana nie wiąże się z żadną materialną korzyścią. To nie hazard, ale pretekst do przyjacielskiego spotkania się i porozmawiania.
Po zmroku słyszę w oddali charczące dźwięki gitary. Idę po omacku ciemnymi ulicami pozbawionymi prądu w stronę, z której dobiega dźwięk. Wchodzę na jakieś podwórze, gdzie na ziemi wśród lamp siedzi kilkanaście osób. Jestem jedynym obcym, ale nie wzbudzam większej sensacji. Na dywanach siedzą muzycy. Dźwięki gitary podłączonej do wzmacniacza hipnotyzują nie tylko mnie; kilka osób wstaje i zaczyna się kołysać w takt muzyki. W końcu cały plac zdaje się tańczyć. Dwie kobiety wpadają w trans i tarzają się dziko na ziemi. Niezwykła atmosfera! W końcu muzyka cichnie i wszyscy rozchodzą się do swoich domów. W nocy silny wiatr przeganiał tumany piasku; na szczęście pościelono mi na dachu domu. Rano mogłem zobaczyć z tego miejsca całą okolicę.
Żegnamy się serdecznie z wszystkimi i wracamy. Muszę przyrzec ojcu Bouh, że jeśli kiedyś znów będę w Ouadane, na pewno ich odwiedzę.
Przez drogę w niektórych miejscach przepływa woda. To efekt nocnej burzy, której błyskawice widziałem nocą na zachodnim niebie. Mam ochotę wysiąść i położyć się w tych kałużach, bo jest bardzo bardzo gorąco. Na moment wjeżdżamy do Chingueti; oazy, która jest siódmym w kolejności świętym miastem islamu. Nie zauważam tu jednak specjalnych śladów jego świetności, choć domy i wydmy wokół robią duże wrażenie. Podobno, zanim tą ziemię nazwano Mauretanią, nosiła ona właśnie nazwę Chingueti.
Przyzwyczajam się do rytmu życia w oazie, w której czuję się już jak w domu. Ma to jakiś uniwersalny wymiar. Niezwykła harmonia ludzi z otoczeniem i brak arogancji cechującej mój świat. Tą arogancję jednak dostrzega się dopiero z dystansu. Mieszkańcy takich archaicznych społeczności zdają się nie odczuwać głodu, jaki przejawiają ludzie Zachodu. Głodu posiadania i nieustannego przekraczania granic.
Przestałem nadmiernie uważać na to, co jem i piję. Kuskus z mięsem i woda wprost ze studni. Co ma być to będzie. Zostaję zaproszony do domu nauczycielki - Hindi, gdzie na moją cześć przygotowano występy. Dzieci wspaniale tańczą a starsze kobiety śpiewają i wystukują rytm na plastikowych wiadrach. Kiedy wewnątrz jest już za dużo gapiów, Hindi przegania ciekawskie dzieciaki. Odczuwam silne więzi emocjonalne, jakie istnieją pomiędzy ludźmi tutaj. Nieco inny, chyba trochę niższy status posiadają tu jednak Czarni.
Burza spowodowała, że do doliny spłynęła woda i zatrzymała się w specjalnie przygotowanej tamie. Ta zamulona kałuża jest jak wybawienie. Bouh, Mounir i ja nie zastanawiamy się długo i wskakujemy do wody, gdzie pluskają się już dzieci. W takim miejscu jak pustynia zaczynam rozumieć, czym może być woda, drzewo rodzące owoce i dające cień. Jak dużą wdzięczność można czuć wobec przyrody, która daje te skarby. Żyjąc w zachodnim luksusie takie refleksje się nie pojawiają. Tu wszystko jest tak niezwykle realne. Ludzie należą do natury i są od niej w pełni zależni. Niewiele się zmieniło od tysiącleci.
Kolejnego ranka idę z Aishą na drugą stronę gaju palmowego kupić mięso. Co drugi dzień o świcie właściciel wielbłądów przyprowadza jedno zwierzę, które oprawiają czarni rzeźnicy. Nie ma tu lodówek i wszystko musi być natychmiast sprzedane oraz usmażone. Także z sąsiednich osad przychodzą po mięso kobiety z plastikowymi wiaderkami.
Otoczenie jest istnym cmentarzyskiem; walają się tu resztki zabitych wcześniej zwierząt. Przykry widok, ale dla tych ludzi to przymus. Trudno byłoby tu zostać wegetarianinem. Dałem Mounirowi 2000 ougija, za które Aisha kupiła całe wiadro mięsa i kilka płaskich, okrągłych chlebów. Aisha skończyła tylko szkołę koraniczną i nie zna nawet francuskiego. Jednak jakoś udaje nam się nawiązywać kontakt (…).
Matka Aishy zajmuje się mięsem, którego zapach przyciąga roje much. Kuchnia to butla gazowa i patelnia na kuchence w starej zardzewiałej beczce po paliwie. Nagrzany metal aż parzy a nad głową niemiłosierne słońce.
Ósmy poranek w oazie. Patrzę jak odchodzą wielbłądy i czuję, że powinienem jechać w dalszą drogę. Żegnam się z Mounirem i jego rodziną. W podziękowaniu za gościnę daję mu w prezencie swój nóż sprężynowy. Pozostawiam też cząstkę siebie i mam nadzieję, że kiedyś znów tu przyjadę. Bouh z Elym odwożą mnie do Ataru na plac, skąd mogę zabrać się jeepem do Choum - miasta leżącego na samym rogu przy granicy z Saharą Zachodnią. U jednego z mężczyzn kupuję bilet - kawałek zwykłego papieru w kratkę zapisanego po arabsku. Czekam godzinę i w końcu dowiaduję się, którym pojazdem pojadę. Na szczęście nie jest to jeden z totalnie zdezelowanych wraków, jakie stoją na placu. Jadę 2 godziny jeepem wprost przez pustynię w wiejącym wietrze i piasku dostającym się do oczu. Siedzę na tobołach a słońce spala mi kolana.
Choum to mała osada, gdzie na chwilę zatrzymuje się towarowy pociąg jadący z kopalni w Zouerat wydobywającej rudę żelaza do portu w Nouadhibou. Nie ma tu żadnej stacji. Pociąg po prostu przystaje na kilka minut i do jedynego wagonu osobowego wciskają się ci, którzy kupili bilet. Biletów już nie ma i jestem skazany na kilkunastogodzinną podróż wprost na węglarce. W poczekalni zbudowanej z podkładów kolejowych poznaję młodego Francuza, który spędził w Mauretanii 3 miesiące a wcześniej tyle samo czasu w Maroku. Eric nauczył się nieco arabskiego, zmienił imię na Muhamed i przeszedł na islam. Wracał teraz do domu po półrocznej włóczędze.
Pociąg miał przyjechać o 20.00, ale okazuje się, że z powodu jakiejś awarii przybędzie o północy. Szczęście w nieszczęściu, bo dzięki tej zwłoce poznajemy dwóch braci, którzy znają angielski, częstują nas herbatą i ciastkami a co najważniejsze, dają nam stare ubrania wygrzebane w wielkim worku, zapewne darach społeczności zachodnich dla biednej Afryki... Wskakujemy w środku nocy na wagon, owijając się wszystkim, co mamy. Zmarznięci, dopiero o świcie możemy zobaczyć warunki, w jakich podróżujemy. Pociąg jedzie niemal w linii prostej wzdłuż granicy z Saharą Zachodnią. Ta jedyna linia kolejowa Mauretanii ciągnie się na długości 700 km. Pociąg ma 200 wagonów. Czerwony pył rudy żelaza i piasek zasypują oczy. Choć prawie nie spałem z powodu zimna i wiatru, czuję radość. Ta podróż jest wolnością.
Po 14 godzinach podróży w końcu docieramy do Nouadhibou na cyplu zwanym Białym Przylądkiem. Kąpiel w Atlantyku, wśród wraków statków rybackich daje pewne orzeźwienie, ale nie usuwa tłustego brudu. Dopiero porządny prysznic na campingu, na którym się zatrzymałem naprawdę zmywa czerwony pył.



----------------------------------------------------------------------------------------------------

Poprzedni post - wstęp do tej opowieści - nieopatrznie skasowałem, nie zachowując kopii tekstu. Pozostało w pamięci komputera kilka zdjęć, które niniejszym jeszcze raz "przytaczam"...


Lunch gdzieś pomiędzy Nouakchot i Atar

Awaria w drodze


W Chingueti

Wjazd do oazy


Oaza Teizent


Z wizytą u koczowników na pustyni


Relaks w chacie Mounira;
u góry Aicha, Zeńba, na dole Ely, ja, Mounir i Bouh

2 komentarze:

  1. Znam ten ból, gdy coś się skasuje. Na moim blogu 'uchował' się taki fragmencik:

    Mauretania - żyjąc z potomkami piratów pustyni - cz. 1
    Sławomir Brzoska o PŁYNNA TOŻSAMOŚĆ – 1 tydzień temu
    Kilka dni temu media podały komunikat, że Tuaregowie ogłosili niepodległość. Warto nieco przyjrzeć się tym pustynnym koczownikom. Ta matriarchalna społeczność żyła na terenach Maghrebu i Sahary od zarania, nie uznając granic państwowych, które narzucali często kolonizatorzy. Zachodnie kraje korzystały z ich usług świetnych łapaczy niewolników. Stąd też wzięła się nazwa „piraci pustyni”. Choć przejęli od Arabów islam, traktują tą religię dość swobodnie, jak na koczowników przystało. Kobiety w miastach muzułmańskich chodzą z zakrytymi ustami lub twarzami, kobiety Tuaregów nie przestrze... więcej »

    OdpowiedzUsuń
  2. Wielkie dzięki! Nie będę już "reanimował" tego tekstu na stronę, tylko zostawię tak pięknie ukrytego w tym komentarzu... Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń