niedziela, 22 kwietnia 2012

Mauretania - żyjąc z potomkami piratów pustyni - fragmenty dziennika

Fragmenty dziennika z podróży, prowadzonego latem 2006 roku. (Tekst został dostosowany do filmu zrealizowanego w Mauretanii.)


W końcu dojeżdżamy do miejsca, w którym przyjdzie mi spędzić kilka dni. Oaza Teizent, w której mieszka Mounir z rodziną. Moja wizyta staje się dużym wydarzeniem. Oaza jest trudno dostępna i nie przyjeżdżają tu turyści.
Poznaję kobietę w czarnym, farbującym stroju, która jest nauczycielka o imieniu Hindi i oprócz Bouh jest jedyną osobą, znającą tu dobrze angielski. Poznaję też rodzinę Mounira: jego młodą żonę Zeńbę oraz jej siostrę, Aiszę. Na widok kamery kobiety chowają swoje twarze. Dopiero po kilku dniach zostanę w pełni zaakceptowany.
Ulokowano mnie w przypominającej igloo chacie Mounira, zbudowanej jak większość w oazie - z żerdzi, patyków i skręconych liści palmowych. Jedynymi sprzętami wewnątrz są słomiane maty, koce, poduszki, butla gazowa i… charczący magnetofon.
Z powodu mojej obecności do chaty zawitało kilka osób. Posiłek przynosi zawsze jedna z dziewczyn. Wszyscy jedzą tu z jednej miski bez używania sztućców. Kiedy mężczyźni się posilają, kobiety siedzą z tyłu. W ciągu dnia upał jest trudny do zniesienia i cała społeczność na ogół spędza kilka najgorszych godzin w chatach. Brak jakichkolwiek rozrywek wydaje się tu nikomu nie przeszkadzać. Kilka razy w ciągu dnia zaparza się herbatę w ten sam sposób, przelewając wielokrotnie płyn pomiędzy małymi szklankami, do uzyskania wysokiej pianki.
Ważnym miejscem oazy jest wąska, głęboka studnia, przy której niemal zawsze wciąż się ktoś kręci. (…) Na początku mojego przyjazdu dzieci próbowały nieśmiało żebrać, w końcu jednak coraz częściej słyszę swoje imię. Czuję się tu bezpiecznie od samego przyjazdu. Jest w tym jakaś prawidłowość tak w Azji jak i Afryce: im skromniejsza społeczność, tym bardziej przyjaźnie nastawiona.
Codziennym rytuałem o tej porze roku jest zrywanie daktyli. Gdy Aisha potrzebuje owoców, prosi o pomoc Hasana, który zawsze chodzi w golfie chroniącym go przed ostrymi liśćmi palmy i ze sznurem na ramieniu, przywiązując się nim do drzewa. Ogromnym szacunkiem otacza się tu starszych ludzi. W przeciwieństwie do naszej cywilizacji, tutaj wciąż są oni uosobieniem mądrości.
Kiedy słońce nie jest już tak dokuczliwe, wspinam się z kilkoma młodymi ludźmi na pobliski klif. Widok doliny przypomina archaiczną mapę, z naznaczonymi na niej w dziwnej perspektywie domostwami i ludzkimi sylwetkami. Kiedy przeminie pora sucha, wszyscy rozejdą się do swoich innych domów. Część na pustynię, inni, mający dzieci pójdą do miejsc, w których są szkoły. W dolinie znajdują się całe ciągi małych osad oddzielonych palmowymi gajami. Wieczorem z miasta wracają z pracy mężczyźni. Większość z nich zajmuje się sprzedażą daktyli. Kilku mieszkańców posiada jeepy służące za taksówki.
 Po zachodzie słońca przyprowadza się na noc wielbłądy i wiąże je w pobliżu studni. Pięć razy dziennie oddaje się pokłony Allachowi. Ostatni już o zmroku. Niektórzy modlą się w małej grupie pod przewodnictwem mułły w prowizorycznym meczecie, jednak moi gospodarze oddają cześć Allachowi w chacie, bijąc pokłony w kierunku wschodnim. Jak wszyscy w oazie, śpię przed chatą i trudno mi zasnąć pod rozświetlonym gwiazdami niebem.
Kolejny dzień. Dopóki słońce jest stosunkowo nisko, spędza się czas na matach i kocach w cieniu chat. Poranki rozpoczynają się zawsze od herbaty. Obserwuję, jak oaza powoli budzi się do życia. Wszystko jakby spowolnione. Nikt się nigdzie nie śpieszy. W pobliżu chaty Mounira zauważam stertę kamieni wykazującą celowe rozmieszczenie. Okazuje się, że to stary cmentarz.
Postanowiliśmy odwiedzić rodzinę Bouh. Każdy wyjazd z oazy Teizent to obowiązkowy, krótki postój w miasteczku Atar, gdzie dokonujemy drobnych zakupów. (…) Kierujemy się na północny zachód w kierunku miasta Ouadane. Na pustkowiu łapiemy gumę. Najwyraźniej nie jest to pierwsza taka awaria, bo wymiana koła odbywa się bardzo sprawnie. Gdyby to było coś poważniejszego, niewątpliwie mielibyśmy problem, bo bardzo rzadko mija nas jakikolwiek pojazd.
Stare Ouadane zbudowane w X wieku na szlaku karawan, pełniło funkcję ksaru, czyli ufortyfikowanej osady z gliny i kamienia. Ely oprowadza mnie po wąskich uliczkach wśród starych ruin. Podobno to największa atrakcja turystyczna Mauretanii, ale nie spotykam tu nikogo. Miasto zniszczyły ulewne deszcze i ludzie zbudowali w sąsiedztwie nowe domy. Słońce bardzo mnie osłabia i resztkami sił wracamy do rodzinnego domu Bouh. Wymiotuję. Kiedy leżę na matach i otwieram oczy, tańczy nade mną Ely i Mounir. Egzorcyzmy? Taniec voodoo? Czy to ma dodać mi sił? Po pewnym czasie rzeczywiście odzyskuję trochę energii i wyjeżdżamy poza obręb miasta w kierunku wysokiego klifu. Przyjaciele pokazują mi ryty. Największy gładki głaz pokryty jest napisami i rysunkami. Najstarsze, najbardziej spatynowane, przedstawiają zwierzęta i jeźdźców. Ta wspaniała skała jest jak kronika spisywana od tysięcy lat.
Odwiedzamy kolejną, znajomą rodzinę nomadów, którzy częstują nas herbatą i daktylami. Ludzie ci są skromni, dumni i gościnni. Kobiety pokazują mi kamienne groty strzał, jakie znalazły na pustyni. Z chęcią mi je sprzedają po krótkich targach za 500 ougija, co jest równowartością około 3 dolarów. Są piękne, ale czy autentyczne?
W domu najważniejszą osobą jest ojciec Bouh. Wszyscy niezwykle go szanują. Kiedy ktoś z nim rozmawia, nawet nie patrzy mu w oczy. Ja także odczuwam respekt i nie odważam się go filmować. Zaprzyjaźniam się z dziećmi: córką Bouh i jej dwoma małymi kuzynkami. Początkowo nieśmiałe, kiedy narysowałem ich portrety, nie odstępują mnie na krok, ucząc swojego języka.
Dojeżdżamy na miejsce zawodów strzeleckich, w których bierze udział brat Bouh - Moulay. Długo trwają powitania a rozmówcy często nawet nie patrzą na siebie, jakby próbując przypomnieć sobie jak największą ilość krewnych, o których wypada spytać. Cele oddalone są ponad 100 metrów. W zawodach oprócz Moulaya bierze udział jeszcze kilku mężczyzn, którzy wspólnie kupili naboje do karabinu. Wśród kibiców nie ma kobiet. Wygrana nie wiąże się z żadną materialną korzyścią. To nie hazard, ale pretekst do przyjacielskiego spotkania się i porozmawiania.
Po zmroku słyszę w oddali charczące dźwięki gitary. Idę po omacku ciemnymi ulicami pozbawionymi prądu w stronę, z której dobiega dźwięk. Wchodzę na jakieś podwórze, gdzie na ziemi wśród lamp siedzi kilkanaście osób. Jestem jedynym obcym, ale nie wzbudzam większej sensacji. Na dywanach siedzą muzycy. Dźwięki gitary podłączonej do wzmacniacza hipnotyzują nie tylko mnie; kilka osób wstaje i zaczyna się kołysać w takt muzyki. W końcu cały plac zdaje się tańczyć. Dwie kobiety wpadają w trans i tarzają się dziko na ziemi. Niezwykła atmosfera! W końcu muzyka cichnie i wszyscy rozchodzą się do swoich domów. W nocy silny wiatr przeganiał tumany piasku; na szczęście pościelono mi na dachu domu. Rano mogłem zobaczyć z tego miejsca całą okolicę.
Żegnamy się serdecznie z wszystkimi i wracamy. Muszę przyrzec ojcu Bouh, że jeśli kiedyś znów będę w Ouadane, na pewno ich odwiedzę.
Przez drogę w niektórych miejscach przepływa woda. To efekt nocnej burzy, której błyskawice widziałem nocą na zachodnim niebie. Mam ochotę wysiąść i położyć się w tych kałużach, bo jest bardzo bardzo gorąco. Na moment wjeżdżamy do Chingueti; oazy, która jest siódmym w kolejności świętym miastem islamu. Nie zauważam tu jednak specjalnych śladów jego świetności, choć domy i wydmy wokół robią duże wrażenie. Podobno, zanim tą ziemię nazwano Mauretanią, nosiła ona właśnie nazwę Chingueti.
Przyzwyczajam się do rytmu życia w oazie, w której czuję się już jak w domu. Ma to jakiś uniwersalny wymiar. Niezwykła harmonia ludzi z otoczeniem i brak arogancji cechującej mój świat. Tą arogancję jednak dostrzega się dopiero z dystansu. Mieszkańcy takich archaicznych społeczności zdają się nie odczuwać głodu, jaki przejawiają ludzie Zachodu. Głodu posiadania i nieustannego przekraczania granic.
Przestałem nadmiernie uważać na to, co jem i piję. Kuskus z mięsem i woda wprost ze studni. Co ma być to będzie. Zostaję zaproszony do domu nauczycielki - Hindi, gdzie na moją cześć przygotowano występy. Dzieci wspaniale tańczą a starsze kobiety śpiewają i wystukują rytm na plastikowych wiadrach. Kiedy wewnątrz jest już za dużo gapiów, Hindi przegania ciekawskie dzieciaki. Odczuwam silne więzi emocjonalne, jakie istnieją pomiędzy ludźmi tutaj. Nieco inny, chyba trochę niższy status posiadają tu jednak Czarni.
Burza spowodowała, że do doliny spłynęła woda i zatrzymała się w specjalnie przygotowanej tamie. Ta zamulona kałuża jest jak wybawienie. Bouh, Mounir i ja nie zastanawiamy się długo i wskakujemy do wody, gdzie pluskają się już dzieci. W takim miejscu jak pustynia zaczynam rozumieć, czym może być woda, drzewo rodzące owoce i dające cień. Jak dużą wdzięczność można czuć wobec przyrody, która daje te skarby. Żyjąc w zachodnim luksusie takie refleksje się nie pojawiają. Tu wszystko jest tak niezwykle realne. Ludzie należą do natury i są od niej w pełni zależni. Niewiele się zmieniło od tysiącleci.
Kolejnego ranka idę z Aishą na drugą stronę gaju palmowego kupić mięso. Co drugi dzień o świcie właściciel wielbłądów przyprowadza jedno zwierzę, które oprawiają czarni rzeźnicy. Nie ma tu lodówek i wszystko musi być natychmiast sprzedane oraz usmażone. Także z sąsiednich osad przychodzą po mięso kobiety z plastikowymi wiaderkami.
Otoczenie jest istnym cmentarzyskiem; walają się tu resztki zabitych wcześniej zwierząt. Przykry widok, ale dla tych ludzi to przymus. Trudno byłoby tu zostać wegetarianinem. Dałem Mounirowi 2000 ougija, za które Aisha kupiła całe wiadro mięsa i kilka płaskich, okrągłych chlebów. Aisha skończyła tylko szkołę koraniczną i nie zna nawet francuskiego. Jednak jakoś udaje nam się nawiązywać kontakt (…).
Matka Aishy zajmuje się mięsem, którego zapach przyciąga roje much. Kuchnia to butla gazowa i patelnia na kuchence w starej zardzewiałej beczce po paliwie. Nagrzany metal aż parzy a nad głową niemiłosierne słońce.
Ósmy poranek w oazie. Patrzę jak odchodzą wielbłądy i czuję, że powinienem jechać w dalszą drogę. Żegnam się z Mounirem i jego rodziną. W podziękowaniu za gościnę daję mu w prezencie swój nóż sprężynowy. Pozostawiam też cząstkę siebie i mam nadzieję, że kiedyś znów tu przyjadę. Bouh z Elym odwożą mnie do Ataru na plac, skąd mogę zabrać się jeepem do Choum - miasta leżącego na samym rogu przy granicy z Saharą Zachodnią. U jednego z mężczyzn kupuję bilet - kawałek zwykłego papieru w kratkę zapisanego po arabsku. Czekam godzinę i w końcu dowiaduję się, którym pojazdem pojadę. Na szczęście nie jest to jeden z totalnie zdezelowanych wraków, jakie stoją na placu. Jadę 2 godziny jeepem wprost przez pustynię w wiejącym wietrze i piasku dostającym się do oczu. Siedzę na tobołach a słońce spala mi kolana.
Choum to mała osada, gdzie na chwilę zatrzymuje się towarowy pociąg jadący z kopalni w Zouerat wydobywającej rudę żelaza do portu w Nouadhibou. Nie ma tu żadnej stacji. Pociąg po prostu przystaje na kilka minut i do jedynego wagonu osobowego wciskają się ci, którzy kupili bilet. Biletów już nie ma i jestem skazany na kilkunastogodzinną podróż wprost na węglarce. W poczekalni zbudowanej z podkładów kolejowych poznaję młodego Francuza, który spędził w Mauretanii 3 miesiące a wcześniej tyle samo czasu w Maroku. Eric nauczył się nieco arabskiego, zmienił imię na Muhamed i przeszedł na islam. Wracał teraz do domu po półrocznej włóczędze.
Pociąg miał przyjechać o 20.00, ale okazuje się, że z powodu jakiejś awarii przybędzie o północy. Szczęście w nieszczęściu, bo dzięki tej zwłoce poznajemy dwóch braci, którzy znają angielski, częstują nas herbatą i ciastkami a co najważniejsze, dają nam stare ubrania wygrzebane w wielkim worku, zapewne darach społeczności zachodnich dla biednej Afryki... Wskakujemy w środku nocy na wagon, owijając się wszystkim, co mamy. Zmarznięci, dopiero o świcie możemy zobaczyć warunki, w jakich podróżujemy. Pociąg jedzie niemal w linii prostej wzdłuż granicy z Saharą Zachodnią. Ta jedyna linia kolejowa Mauretanii ciągnie się na długości 700 km. Pociąg ma 200 wagonów. Czerwony pył rudy żelaza i piasek zasypują oczy. Choć prawie nie spałem z powodu zimna i wiatru, czuję radość. Ta podróż jest wolnością.
Po 14 godzinach podróży w końcu docieramy do Nouadhibou na cyplu zwanym Białym Przylądkiem. Kąpiel w Atlantyku, wśród wraków statków rybackich daje pewne orzeźwienie, ale nie usuwa tłustego brudu. Dopiero porządny prysznic na campingu, na którym się zatrzymałem naprawdę zmywa czerwony pył.



----------------------------------------------------------------------------------------------------

Poprzedni post - wstęp do tej opowieści - nieopatrznie skasowałem, nie zachowując kopii tekstu. Pozostało w pamięci komputera kilka zdjęć, które niniejszym jeszcze raz "przytaczam"...


Lunch gdzieś pomiędzy Nouakchot i Atar

Awaria w drodze


W Chingueti

Wjazd do oazy


Oaza Teizent


Z wizytą u koczowników na pustyni


Relaks w chacie Mounira;
u góry Aicha, Zeńba, na dole Ely, ja, Mounir i Bouh

sobota, 7 kwietnia 2012

Bhopa - ostatnie pokolenie koczujących bardów pustyni Thar.

Indie fascynowały mnie od dawna. Jeszcze w początkach nauki w liceum otrzymałem na ulicy opasły tom Bhagawad Gity od ogolonego chłopaka z ruchu Hare Kriszna. Potem zaczytywałem się w Podróży na Wschód Carla Gustawa Junga oraz Podpatrywaniu Indii Octavio Paza. Moja pierwsza podróż na subkontynent miała miejsce wiosną 1997 roku i od tej pory byłem tam ośmiokrotnie. Ta kraina i ludzie nie przestają mnie oczarowywać i zawsze odkrywam coś nowego.
W 1999 roku, podczas drugiej wizyty w Indiach pojechałem do Jaisalmeru; starego miasta w środku pustyni Thar w Radżastanie. Zbudowane na jednej z odnóg Jedwabnego Szlaku, który wiódł z Chin na Bliski Wschód około XI wieku, przez setki lat wzbogacało się dzięki kupcom, zatrzymującym się w nim do czasu powstania portu w Bombaju. Ślady świetności są wciąż widoczne: zarówno w obrębie fortu jak i wokół można zobaczyć tzw. havele - domy bogatych kupców. Budowane w żółtym piaskowcu, jak zresztą niemal całe miasto, wciąż zachwycają bogactwem detali architektonicznych i finezją. Wśród uliczek co chwila zauważałem przybyłych z okolicznych wiosek i osad ludzi: kobiety w kolorowych sari i wąsatych mężczyzn w turbanach i typowych radżastańskich mokasynach z lekko uniesionym szpicem. Rzecz charakterystyczna: im z większej prowincji przybywano, tym kobiety miały bardziej kolorowe sari zaś mężczyźni sumiaste wąsy i większe turbany. Najwięcej tych ludzi spotykało się w pobliżu dworca autobusowego i na bazarach.
Zanim udałem się na pustynię, obszedłem peryferia i trafiłem na osadę na skarpie zwaną „Artists Colony”. Domostwa zbudowane były z gliny i patyków a mieszkańcy nieźle znali angielski. Okazało się, że są obyci z turystami: mieszkający w dolnej części, przy drodze, zajmowali się wyrobem lalek sprzedawanych w forcie: produkty wisiały też na ich domach. Wyżej osiedlili się muzycy oraz wytwórcy drobnej biżuterii. Tam poznałem rodzinę Jagdisha Bhopy. Wysoki, młody, przystojny mężczyzna siedział dumnie przed swoją chatką, grając na ravanhatcie – strunowym instrumencie własnej roboty, wykonanym z bambusa i łupiny kokosa. Przy nim kobieta, która śpiewała, czasem dosiadali się inni mężczyźni grając na tabli drumli lub innych instrumentach. Zaprzyjaźniliśmy się i Jagdish przedstawił mi swoją rodzinę: żonę z dwójką dzieci, braci oraz siostry żony. On jako najstarszy z braci przewodził grupie i decydował o najważniejszych sprawach. Okazało się, że kiedyś jego ojciec mieszkający na pustyni dogadał się ze swoim sąsiadem mającym córki, by pożenić swoje dzieci. Trójka braci poślubiła trzy siostry i wszyscy zamieszkali razem. Sezonowo. Gdy się poznaliśmy, połowę roku spędzali na pustyni, drugą połowę w lepiankach na skraju Jaisalmeru, gdzie mogli zarobić trochę pieniędzy sprzedając instrumenty własnej roboty, grając na weselach i innych uroczystościach (Jagdish potrafił grać na kilkunastu instrumentach!), zaś żony wytwarzały drobną biżuterię i przesiadywały całymi dniami przy wejściu do fortu a więc w miejscu, przez które musieli przechodzić turyści.
Nie byłem pierwszym, który odwiedzał tych ludzi. Kobiety pod bramą fortu często namawiały turystów do udania się z nimi. Mogły liczyć na drobny zarobek za koncert, zrobione im zdjęcia, na prezenty w postaci produktów żywnościowych lub słodycze dla dzieci. Oferowały w zamian herbatę, posiłki robione na małym ogniu przy glinianym murku, ale najważniejsza była muzyka. Obserwowałem wzajemne, serdeczne relacje tych ludzi; zarówno dorosłych jak i dzieci, które obdarowane słodyczami i owocami ochoczo dzieliły sie z innymi ciekawskimi dzieciakami z sąsiedztwa. Najmłodsi od początku mieli styczność z muzyką i śpiewem.
Odwiedzałem Jagdisha i jego rodzinę za każdym razem pobytu w Radżastanie: w 2002, 2004, 2008 roku. Dzięki temu bardzo się zaprzyjaźniliśmy. Byłem świadkiem, jak dorastają jego dzieci i rodzą się nowe. Jak Jagdish się starzał i na kruczoczarnych włosach pojawiła się siwizna. Kobiety wciąż żujące betel i palące bidi miały uzębienie w fatalnym stanie. Wpływ na to miały również przygotowywane posiłki z domieszką kurzu oraz piasku. Ze względu na powiększanie się rodziny ci półnomadzi musieli zmienić swój tryb życia na osiadły. Obrzeża Jaisalmeru stały się ich miejscem stałego pobytu, ale z powodu lichości wykonania glinianych domów, po większych opadach deszczu (które w tym rejonie padają bardzo rzadko) trzeba było odbudowywać je od nowa. To jednak nie stanowiło większego problemu. Wraz z nimi na stałe zaczęli się osiedlać ludzie związani z nimi poprzez zawodowe koneksje. Na przykład kowale, którzy na ogół spotykani są na bazarze w pobliżu dworca autobusowego. Kobiety kręcą kołami uruchamiającymi dmuchawy nad ogniem, dzieci lustrują przechodzących, wypatrując turystów chcących niepostrzeżenie, bez zapłacenia pstryknąć fotkę a wąsaci mężczyźni wykuwają proste narzędzia, naprawiają uszkodzone, zaś dla muzyków wytwarzają wspaniale brzmiące drumle.
Podczas swojej ostatniej wizyty przywiozłem Jagdishowi  z Chin harmonijkę ustną, którą widział, ale nigdy na niej nie grał. Po godzinie ćwiczeń szło mu całkiem nieźle, choć trzymał ją po swojemu. W zamian otrzymałem od niego drumlę ozdobioną kolorowymi frędzlami, ze wspaniałym brzmieniem. Gdybym wiedział o tym prezencie kilka miesięcy wcześniej, wymieniłbym inną swoją radżastańską drumlę w Dolinie Baliem na papuaską, drewnianą.
Siedząc z nim i całą rodziną przy wieczornym ognisku dowiedziałem się, że „Bhopa” to nie tyle nazwisko, co nazwa kasty. Przed wiekami jego przodkowie należeli do armii jednego z radżastańskich władców na subkontynencie indyjskim. Jako żołnierze, należeli więc do znaczącej warny „kszatrija”; drugim po braminach stanie społecznym. Po przegranej bitwie z armią innego króla armia rozproszyła się. Część „przebranżowiła się”, zostając różnego rodzaju rzemieślnikami, ale inni – ci bardziej romantyczni – broń zamienili na instrumenty, poprzez które zaczęli sławić imię swojego dawnego władcy, przemierzając północno – zachodnie Indie. Ta tradycja przetrwała.
Jagdish tak jak jego ojciec dwadzieścia lat wcześniej, znalazł odpowiednie partie dla swoich dzieci. Dwie córki w wieku 17 i 14 lat: Sunita i Lalita miały już wyznaczonych kandydatów na mężów żyjących w jednej z pustynnych wiosek i choć widziały tych chłopców tylko raz, bez słowa sprzeciwu zgadzały się na swój los wierząc, że ojciec chce dla nich jak najlepiej. Obserwowałem młodszych synów Jagdisha i dzieci jego braci zastanawiając się, jak zmieni się ich życie i czy będą kultywowali starą tradycję przodków.
- Twoje dzieci wrócą na pustynię? – spytałem.
- Prawie jej nie znają. Ja tam się urodziłem i wychowałem. Dla nich pustynia niewiele znaczy.
Ze wzgórza, na którym przed dwudziestu laty Jagdish postawił swoją glinianą chatkę dobrze było widać Złote Miasto i górujący nad nim fort, ale dalej rozciągała się wielka pustynia i tam spoglądał. W jego przekrwionych oczach pojawiły się łzy.

sobota, 31 marca 2012

Doświadczanie Mongolii - cz. 2: step

Podróż przez Mongolię odbywała się w rytmie muzyki Modern Talking z rzężącej kasety przekładanej z jednej na drugą stronę od rana do wieczora. Za kierownicą zdezelowanego ułaza zmieniało się dwóch młodych Mongołów. Wtedy asfalt kończył się kilkadziesiąt kilometrów za stolicą. Na szczęście, bo droga była tak zniszczona i pełna dziur, ze wytrzęsło wszystkim porządnie trzewia. Co chwila rozpędzony samochód gwałtownie hamował, by nie wpaść w głęboką wyrwę. Często zjeżdżaliśmy z „asfaltu”, bo na stepie bywało równiej. Wybawieniem była wyjeżdżona szutrówka, ale na niej w samochodzie robiło się gęsto od kurzu i wszyscy zakrywaliśmy usta chustami lub t-shirtami.
 Niedogodności rekompensowały widoki na wzgórza w dali rozległego stepu, majestatycznie wijące się rzeki odbijające błękit nieba, maleńkie białe punkciki jurt, jeźdźcy na szybkich i zwrotnych konikach goniący swoje stada, czmychające spod kół świstaki zwane tarbaganami. Kierowcy często zatrzymywali się przy stertach kamieni z powiewającymi błękitnymi flagami zwanymi „obo”, które obchodzili trzykrotnie, dorzucając swoje kamyczki. Na niektórych zauważałem butelki po wódce a czasem laski a raz protezę nogi. Miało to oznaczać, że ktoś dzięki wstawiennictwu bóstw odzyskał zdrowie. Czy jednak mogła odrosnąć noga? Podczas biwaków trzeba było jednak uważać, gdzie stawia się namiot, bo czasem na przełaj gnał swoim wozem jakiś pijany Mongoł i zdarzały się wypadki wjechania w obozowiska… Wieczory na stepie miały niezwykły urok, ale często odczuwało się nieproszonych gości, obsiadających nogi i ramiona. Nie tylko komary, ale też inne stworzenia. Kierowcy z naszą pomocą rozpalali ogniska i przygotowywali posiłki, śpiewając do nocy. Objeżdżaliśmy Mongolię wyruszając wpierw na zachód od Ułan Bator, w kierunku dawnej stolicy Czyngis Khana – Karakorum, z której został wielki mur (chyba odrestaurowany) i kilka budowli świątynnych wewnątrz, potem dalej na zachód i na północ pod jezioro Chubsuguł, gdzie część grupy – kilka odważnych studentek z Warszawy wypożyczyła konie, by kilka dni włóczyć się przy granicy z Rosją. Reszta wróciła do Ułan Bator. Zanim to się stało, spędziliśmy kilka dni wśród koczowników – rodziny jednego z kierowców. Mieliśmy dzięki temu okazję przyjrzeć się dziennemu życiu na stepie.
Mieszkańcy jurt od pierwszej chwili wydali mi się niezwykle przyjaźni i radośni. Każdy; od dziecka po dorosłego miał przydzieloną w grupie funkcję i odczuwało się panującą harmonię. Był czas na pracę, wieczorami zaś czas na rozrywkę: śpiewy i gry. Dwa razy dostałem baty grając w szachy z najstarszym z grupy mężczyzn. Kibicowali nam wszyscy a „za karę” jako przegrany musiałem przechylić czarkę z wódką. Właściwie przez całą podróż większość z nas była wciąż na lekkim rauszu, bo z ochotą kupowaliśmy od dzieciaków czekających na stepie plastikowe butelki z kumysem – sfermentowanym kobylim mlekiem. Pijąc to pierwszy raz niezbyt mi smakowało, ale w końcu niemal się uzależniłem od kumysu, zwanego też "ajrak", mającego około 5 procent alkoholu. U koczowników zawsze na stole znajdowała się miska z twardymi jak kamień kawałkami mięsa, na zewnątrz zaś na desce suszył się ser owczy. Również tak twardy, że możnaby nim wbijać gwoździe. Częstowano nas też słoną herbatą z mlekiem. W miejskich domach, w których żyjemy powietrze wymienia się co najwyżej dwukrotnie w ciągu godziny; w jurcie kilkadziesiąt razy! Dlatego chyba ludzie ci wydają się niezwykle odprężeni, spokojni, po prostu zadowoleni z życia. Nie widziałem, by ktokolwiek kłócił się ze sobą, był zły na to, że ma coś zrobić albo się śpieszył. Wszystko odbywało się we właściwym czasie i we właściwym tempie. Ludzie, którzy przyzwyczajeni są do tego, że mogą w każdej chwili spakować swoje domostwo i przenieść je na inne miejsce pozbawieni są zapewne myślenia o granicach, o własności w naszym rozumieniu. Jest jednak tradycja. Jurta jako centrum zamieszkania ma symboliczne znaczenie a każdy sprzęt znajdujący się wewnątrz swoje miejsce. Czytałem kiedyś o misjonarzach przybyłych do bodajże afrykańskiej wioski. Zostali zaakceptowani, obserwowali zachowania tubylców i w końcu stwierdzili, że rozmieszczenie poszczególnych miejsc w osadzie jest niewłaściwe, nieekonomiczne. Urządzili wszystko po swojemu i okazało się, że w tym „porządku” ludzie zagubili się i nastał kompletny chaos. Wygnano misjonarzy i powrócono do dawnego, uświęconego układu. Mongołom przez krótki czas także narzucano, jak mają żyć, na szczęście te czasy się skończyły i coraz więcej ludzi ponownie wraca na step ze zdegenerowanych i ciasnych miejskich blokowisk.
Jurta jako symbol koczowniczej Mongolii znana od 3000 lat musiała być tak skonstruowana, by łatwo i sprawnie można ją złożyć i rozłożyć. Zbudowana jest na drewnianym szkielecie, zaś ściany tworzy wojłok. Znalazłem w sieci kilka ciekawych informacji na jej temat: Podstawa jurty ma kształt wielokąta. Zazwyczaj jurta ma od 4 do 12 ścian. Drewniany szkielet i inne elementy jurty są lekkie i wygodnie w montażu i w transporcie. Waga średniej wielkości jurty wynosi około 240 kg.
Składanie i rozkładanie jurty odbywa się w określonym porządku. Najpierw układa się podłogę, na podłodze ściany, które składają się z drewnianych kratek, poszczególne sekcje łączy się jedną z drugą i razem z drzwiami, obwiązując całość sznurem. Pośrodku jurty na dwóch kolumnach ustawia się toono (okrągłe okno czy też bardziej otwór w suficie) i łączy się z drewnianą konstrukcją szkieletową. Całość pokrywa się białym cienkim płótnem a potem wojłokiem i opasuje trzema rzędami włosianego sznurka. Jurta jest dość wytrzymała – musi stawić opór silnym wiatrom stepowym. Podobno nie rozwali się nawet podczas trzęsienia ziemi.
Osobliwością jurty jest też to, że może ona służyć jako zegar słoneczny. Promień słoneczny wpadając do jurty przez wierzchnie okno i pełzając po kratkach ściennych daje możliwość dość dokładnie określić godzinę.
Dzisiejszy wygląd jurty sformował się w procesie długoletnich doskonaleń. Okrągła forma pozwala racjonalnie wykorzystać całą przestrzeń. Z powodu niewielkiej powierzchni wewnątrz namiotu, w jurtach obowiązuje ścisły obyczaj dotyczący miejsc, w których ustawia się łóżka, w których śpią poszczególni członkowie rodziny, a nawet kierunku, w którym należy obchodzić centralne palenisko (zgodnie z ruchem wskazówek zegara). Wejście zawsze znajduje się od strony południowej, piec - zawsze znajduje się po środku, część wschodnia należy do kobiet, zachodnia do mężczyzn.
Samo przebywanie w jurcie także wiąże się z całą masą obowiązków i zasad:
Przebywając w jurcie nie powinno się:
• przy wejściu nadeptywać na próg, który stanowi symboliczną granicę między domostwem i światem obcym. W czasach imperium mongolskiego za takie przewinienie w jurcie chana można było stracić życie. Dziś także często uważa się taki czyn za zły omen.
• gwizdać w jurcie lub w domu Mongołów;
• siadać ze stopami skierowanymi w kierunku ołtarza;
• przeskakiwać nad czyimiś wyciągniętymi nogami;
• opierać się o kolumny i ściany w jurcie;
• zadeptywać ognia, polewać go wodą lub rzucać do niego różne śmieci, ponieważ ogień jest uznawany za święty.
• chodzić przed starszą od siebie osobą;
• siedzieć tyłem do ołtarza lub innych religijnych rzeczy;
• dotykać głowę lub czapkę innej osoby;
• kłaść nóż ostrzem w kierunku innej osoby, podawać go komuś ostrym końcem, trzymając za uchwyt;
• podawać komuś, coś trzymając między dwoma palcami;
• brać jedzenie z talerza lewą ręką;
• machać rękawami na znak protestu, lub wyciągać mały palec prawej ręki – jest to znak lekceważenia;
Należy też pamiętać o tym, że wypada, a nawet należałoby:
• wchodząc do jurty założyć czapkę na znak szacunku dla gospodarzy;
• w jurcie poruszać się zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Idąc od drzwi, ruszyć należy w stronę lewą (zachodnią), a dopiero potem, zmierzając powtórnie do wyjścia, przejść przez część kobiecą (wschodnią). Nakaz ten nie jest jednak już tak restrykcyjnie przestrzegany
• przyjmując cokolwiek od Mongołów należy wyciągać obie ręce lub prawą ręką – lewą rękę umieszczamy wtedy na łokciu lub przedramieniu prawej ręki. Dłonie powinny być otwarte i skierowane ku górze.
• kiedy ktoś nas częstuje czymś do jedzenia należy skosztować chociaż odrobinę;
• kiedy nadepnie się komuś niechcący na nogę należy podać rękę.

Do Mongolii wróciłem 3 lata później, wjeżdżając do niej od strony Chin. Ta wizyta była już bardziej oficjalna, ponieważ gościł mnie dawny student poznańskiej ASP, obecnie wykładowca w jednej z mongolskich uczelni – Baatar. Wraz z dwoma innymi wykładowcami zabrali mnie na trzy dni w step, wygodniejszym już niż sowiecki ułaz jeepem. W okolicach Karakorum poznałem rzemieślnika, wykonującego wspaniale rzeźbione drewniane drzwi do jurt. Gościł nas u siebie w skromnej chacie, w której oprócz baraniego mięsa, jedzonego z jednej miski rękami, mieszaliśmy kumys z wódką, śpiewając przy jakichś tradycyjnych grach, na koniec śpiąc wprost na drewnianej ziemi. Całe trzy dni były notorycznym piciem wódki – głównego elementu mongolskiej gościnności. Czasem zatrzymywaliśmy się na stepie nie po to, by coś zjeść, ale by z namaszczeniem napełnić czarkę wódką, chlapiąc jej nieco w cztery strony świata (dla bóstw) i opróżniając kolejno. Odwiedzając osady, moim przewodnicy zamawiali rosół i… flaszkę gorzały. Po powrocie, jeszcze na dworcu wysuszyliśmy pół litra.
Powrót do Polski przez Syberię trwał kilka dni, podczas których mongolscy handlarze na każdej rosyjskiej stacji sprzedawali dżinsy i termosy chińskie. Dojeżdżali do Moskwy, gdzie kupowali produkty sprzedające się z zyskiem w Ułan Bator.
Ciągle w drodze, jak ich dalecy przodkowie…

niedziela, 25 marca 2012

Doświadczanie Mongolii - cz. 1

Europa przez całe wieki żyła w strachu przed dzikimi hordami ze wschodu, które najeżdżały miasta, plądrowały i mordowały, wracając z łupami do swych stepowych siedzib. Skośnoocy jeźdźcy na maleńkich konikach wzbudzali też zainteresowanie tym większe, że tak naprawdę niewiele o nich wiedziano. W wiekach średnich zapuszczali się w odległe stepy Azji podróżnicy a ich opowieści wiązały się często z niedowierzaniem. Marco Polo został nawet zamknięty w celi za rzekome kłamstwa na temat odwiedzanych krain. Ale to nie on jako pierwszy Europejczyk gościł u wielkiego hana: przed nim byli franciszkańscy posłowie na dwór hana: Giovanni di Piano de Carpini i Benedykt Polak, którzy mieli nakłonić Mongołów do sojuszu z chrześcijańską Europą w walce z muzułmanami w Ziemi Świętej. Prawie na pewno przemierzali stepy Azji, zanim Marco Polo przyszedł na świat!
O koczowniczych plemionach Wielkiego Stepu wspominają już chińskie kroniki z IV wieku p.n.e. Tworzyli oni państwo Xiong Nu, które rozpadło się 100 lat przed narodzeniem Chrystusa w wyniku najazdów armii chińskiej i walk wewnętrznych, zamieszkiwały je bowiem odmienne plemiona: tureckie, tunguskie mongolskie. Ich potomkowie – Hunowie – wyruszyli na zachód, by po kilku wiekach dotrzeć do Europy.
Władzę nad plemionami przejmowały kolejne szczepy, dzieląc między sobą te bezkresne stepy, zmieniając strefy wpływu, podbijając się wzajemnie. W końcu w początku XIII wieku obrano chana wszystkich Mongołów. Temudżyn, znany bardziej jako Czyngis Khan zdołał podbić północne Chiny i centralną Azję, później armia mongolska opanowała całe Chiny, dotarła na Ruś w góry Afganistanu, podbiła ziemie dzisiejszego Iraku i Iranu, ustanawiając tym samym największe w historii imperium. Europejskie miasta miały się więc czego bać!
Potęga mongolska od II połowy XIV wieku zaczęła się jednak walić i stolica Mongolii – Kakarorum, została zrównana z ziemią przez armię chińską. W miejsce imperium powstawały mniejsze państwa, w końcu za czasów Mandżurów w XVII wieku Mongolia stała się federacją plemienną pod kontrolą Chin.
W XX wieku Mongolia musiała radzić sobie z wielkimi sąsiadami od północy i południa. Zarówno Rosja jak i Chiny próbowały przejąć kontrolę nad tymi ziemiami, sprytnie wykorzystując historyczne zawirowania: antycesarską chińską rewolucję w 1911 roku, zaangażowanie Rosji w I wojnę światową, później wybuch Rewolucji Październikowej. W 1921 roku stolicę Ułan Bator, zwaną wówczas Urga zajęła Armia Czerwona. Ustanowiony rząd komunistyczny początkowo pozwalał na zachowanie ustroju teokratycznego, ale wkrótce rozpoczęły się represje na wielką skalę. Na przełomie lat 20. i 30. wymordowano większość mongolskiej arystokracji, kilka lat później rozpoczęto niszczenie dorobku kulturalnego Mongolii. Urga ucierpiała najbardziej. Z kilkuset klasztorów i świątyń lamajskich przetrwało kilka, mnichów buddyjskich mordowano, zmuszano do porzucenia habitów i do wchodzenia w związki małżeńskie. Do końca lat 50. akcja sowietyzacji doprowadziła do całkowitego zniszczenia resztek rzemiosła i sfery duchowej Mongolii. Żyjących przez setki, tysiące lat na stepie ludzi zmuszano do osiadłego trybu życia dochodząc do wniosku, że tradycyjne pasterstwo przynosi niską efektywność. Stada zwierząt kolektywizowano zaś koczowników siłą zrzeszano w spółdzielnie produkcyjne. Chociaż reformy przemian politycznych w 1990 roku pozwoliły ponownie na prywatyzację stad, wcześniejsza agresywna polityka zdemoralizowała setki tysięcy dawnych koczowników. W Ułan Bator żyje dziś niemal 40% całej populacji Mongolii, której 80% powierzchni zajmują stepy. Na szczęście zew krwi jest silniejszy i obecnie notuje się dość znaczny odpływ ludzi z miast na step, co związane jest nie tyle z romantycznym powrotem do życia przodków, ile z uwagi na sytuację ekonomiczna współczesnej Mongolii.
Odwiedzałem Mongolię dwukrotnie. W 2002 roku dotarłem tam, od strony Rosji, którą przejeżdżałem po kawałku, zbaczając z trasy pociągu Transsyberyjskiego, by odwiedzać miasta, przede wszystkim jednak by dotrzeć do Tuwy, gdzie rozwidla się Jenisej w pobliżu stolicy tej republiki – Kyzyłu a potem spędzić kilka dni i nocy ze swoim namiotem nad brzegiem Bajkału. Przy granicy, już po stronie Mongolskiej zobaczyłem na bocznicy kilka wagonów, w których ludzie najwyraźniej mieszkali. Najpierw wydało mi się to absurdalne, by koczownicy kochający otwarte przestrzenie gnieździli się w takich warunkach, ale potem pomyślałem, że wagon jako taki, służący do przemieszczania się daje im jakąś namiastkę Drogi…
Ułan Bator ukazał mi się wtedy jako średniej wielkości miasto, nieco prowincjonalne, z brzydką zabudową blokową, charakterystyczną dla postsowieckich krajów. Niezwykłe wrażenie robiły za to otaczające centrum wzgórza, z małymi domkami ukrytymi za koślawymi płotkami i jurtami. Tam pierwszy raz zobaczyłem mongolski namiot. Okrągły, z białego filcu: najstarszego włókienniczego materiału, który stworzył człowiek. Całymi dniami włóczyłem się po tych terenach, ciesząc się niesamowitymi perspektywami i widokami podwórzy. Ludzi było niewielu. Czasem jakieś dzieci o czerwonych policzkach wybiegały zaciekawione moją tam obecnością, które obdarowywałem ciasteczkami i cukierkami. Zarówno tam jak i w centrum wielu było pijaków, zataczających się, przewracających, śpiących w rowie. Pomyślałem, że to niegdysiejsi koczownicy odreagowują podłą chińską wódką swój los i rodzaj zniewolenia. W pobliżu świątyni Gandan, nielicznej, jaka się zachowała po sowieckich czystkach, pewien wielki, stary, pijany Mongoł w tradycyjnym delu zamachnął się na mnie batem, wykrzykując imię Czyngis Khana. Najwyraźniej w swoim zaćmieniu umysłu odezwała się w nim krew przodków.
Zamieszkałem w Gana’s Guest House w pobliżu świątynnego wzgórza. Młody, mongolski właściciel hotelu znał nieźle polski, bo jak się okazało, było to miejsce bardzo popularne wśród polskich turystów. Ja trafiłem tam przypadkowo, ale dowiedziałem się potem, że ten guest house jest wymieniony w jedynym wydanym wtedy po polsku przewodniku po Mongolii. W konsekwencji, każdego ranka wraz z przyjazdem do Ułan Bator pociągu z Rosji, przybywała tam co najmniej kilkunastoosobowa grupa polskich studentów. Po dwóch dniach czułem się jak na koloniach letnich. Czekając na chińską wizę, bo Kraj Środka był moim głównym planem, poznałem grupkę młodych ludzi, szukających jednej osoby do skompletowania jeepa, by odbyć tygodniową przygodę na stepie. Zgodziłem się bez wahania.

Nasz jeep, w którym spędziliśmy tydzień okazał się starym, radzieckim ułazem.


niedziela, 18 marca 2012

Archetypiczny konflikt w najnowszej wersji

W ostatnich miesiącach XX wieku spotkali się w studiu telewizyjnym przedstawiciele kilku nauk humanistycznych, próbując podsumować dotychczasowy rozwój ludzkości, jednocześnie prognozując przyszłość. Szczególnie utkwiła mi w głowie wypowiedź naukowca, który dowodził, że ostatnie zdobycze nauki oraz techniki wskazują na pewnego rodzaju powrót do najwcześniejszych form bytowania. Jeszcze w XIX wieku ludzie żyjący w europejskich miastach otaczali się przedmiotami ze swej natury stałymi, które świadczyły o ich statusie. Jeżeli mieli oszczędności, składali je w bankach albo skrzętnie przechowywali w domach, będących bezpieczną ostoją. Rozwój telefonii komórkowej, kart płatniczych i kredytowych umożliwiających dostęp do zgromadzonych pieniędzy prawie w każdym miejscu na świecie, wreszcie Internet; wszystko to uwolniło człowieka od stałego miejsca, do czego dążył człowiek przez wieki, upatrując w tym swoje bezpieczeństwo. Zdobycze te uwolniły człowieka, pozwoliły mu jakby na nowo stać się nomadą. Opowiadając, naukowiec zatoczył ręką spiralę sugerując kolisty rozwój ludzkości. Skojarzyło mi się to ze wschodnim, przede wszystkim hinduistycznym pojmowaniem rzeczywistości i czasu, który nie biegnie liniowo, jak chce tego zachodnia tradycja, ale właśnie koliście. Teoria reinkarnacji jest jedną z konsekwencji tego postrzegania.
W „Niezbędniku Inteligenta” wydawanym przez tygodnik Polityka (nr 50 (2534) z dnia 17-12-2005) znalazłem artykuł, w którym w ciekawy sposób opisano różnice w komunikacji ludzi dawniej i dziś, używając do tego porównań z mitem Syzyfa i Tezeusza.  Fragment przytaczam poniżej:
W obecnych zmaganiach między tradycyjnymi, gutenbergowskimi mediami opartymi na druku (późniejsze media masowe jak radio i telewizja są w zasadzie ich przedłużeniem), a nowymi, interaktywnymi, których symbolem jest Internet, odbija się prastary konflikt leżący u podstaw antropologii, a wyrażony w najważniejszych mitach ludzkości. To konflikt dwóch postaw wobec świata: osiadłej, pasywnej i nomadycznej, zdobywczej. Widać go w różnicy dzielącej postaci Syzyfa i Tezeusza.
Media gutenbergowskie są produktem epoki, której niekwestionowanym bohaterem jest Syzyf. Syzyfem jest kapitalista, który staje się niewolnikiem konieczności nieustannej cyrkulacji kapitału. Syzyfem jest robotnik w nieskończoność powtarzający przy taśmie produkcyjnej te same czynności. Syzyfem jest przedstawiciel klasy średniej, rutyną codziennych konwenansów odtwarzający porządek świata. Rolę gazety dla tej epoki najlepiej określa aforyzm Maksa Webera, wielkiego niemieckiego socjologa przełomu XIX i XX w., który stwierdził, że lektura prasy to msza poranna mieszczanina. Kawa, rogalik i gazeta (wystarczy spojrzeć na słynny obraz „Śniadanie” Clauda Moneta), to elementy codziennego rytuału rekonstruującego porządek świata polegający na przekonaniu, że w tym samym czasie setki tysięcy innych przewidywalnych i porządnych mieszczan czynią to samo. Gazeta to nie tylko źródło informacji, ale w jeszcze większym stopniu platforma służąca budowaniu wspólnoty (podobnie jak później w społeczeństwie masowym programy radiowe i telewizyjne).
Dziś jednak coraz więcej osób rozpoczyna dzień inaczej. Najpierw trzeba włączyć komputer. Po pierwsze, poczta elektroniczna, wśród e-maili znajdą się na pewno newslettery z zaprenumerowanych serwisów informacyjnych. Potem wizyta na Gadu-Gadu lub innym komunikatorze, by powiedzieć dzień dobry bratnim duszom ospale włączającym się do sieci. Dalej przegląd interesujących forów dyskusyjnych. Jeśli ktoś prowadzi blog, zajrzy i tam, by sprawdzić, czy nie ma nowych komentarzy od internautów. W końcu tzw. feedy z RSS, czyli treści ściągane automatycznie przez przeglądarkę z wybranych przez internautę serwisów: portali, blogów, gazet.
Siadający do komputera internauta to nomada, Tezeusz zapuszczający się za każdym razem w nowy labirynt, konstruujący własną, unikatową ścieżkę, swoisty clickstream (klikonurt, czyli przestrzeń treści i komunikacji powstająca na skutek kolejnych kliknięć na odnośniki, pojęcie to wprowadził John Battelle, amerykański badacz Internetu). Mieszczanin reprodukuje swój świat, nomada swój świat tworzy.
Syzyf i Tezeusz, mieszczanin i nomada, są osobnikami społecznymi. Tyle że mieszczanin zakłada, iż społeczeństwo jako pewna wspólnota interesów i tematów obiektywnie istnieje, czego dowodem jest gazeta czytana co rano przez setki tysięcy, a potem dyskutowana w biurze, kawiarni, sklepie.
Tezeusz społeczeństwo tworzy - wysiłkiem podejmowanych nieustannie bezpośrednich działań komunikacyjnych. Znajdowana przez niego w sieci treść nie ma tak długo znaczenia, jak długo nie nabierze sensu w wyniku wymiany opinii z innymi internautami.Jak pisze Lew Manovich, teoretyk nowych mediów (...) dla internauty rzeczywistość to wielka baza danych, której doskonałą metaforą jest bezkres WWW.
(...) 
Jak długo potrwa i jak daleko zajdzie proces nomadyzacji, trudno stwierdzić. Ale wywoła on wiele problemów, których obecne kłopoty tradycyjnych mediów są tylko zwiastunem. To kwestia sensu demokracji i uprawiania polityki, która – podobnie jak marketing – w epoce nowoczesnej oparta była na koncepcji targetu. (…) W nomadycznej epoce hipermediów reprezentacja musi być nieustannie rekonstruowana w nieustannym działaniu komunikacyjnym. Przestrzeń polityczna nomady, podobnie jak jego przestrzeń komunikacyjna i wyłaniająca się zeń rzeczywistość, tworzy się każdego dnia.
Wyłania się świat daleki od optymizmu nowoczesnych utopii. Nomada-Tezeusz wiedział, że wkraczając w labirynt podejmuje wyzwanie o niepewnym rezultacie – czeka go spotkanie z Minotaurem. Jacques Attali w pięknej książce „Chemins de sagesse” (Drogi mądrości) z 1996 r. pisał: >Potrzeba odwagi, ponieważ wychodząc z każdego labiryntu człowiek nie znajdzie nic innego niż inne labirynty. Labirynty labiryntów. Niektórzy wierzą w spotkanie tam Boga; inni prawdy; inni ironicznego sceptycyzmu lub panicznej beznadziei. Jeszcze inni, po prostu, wąskiej i krzywej ścieżki prowadzącej do Mądrości<.”

sobota, 3 marca 2012

Walz - młodzi ludzie w drodze

Ostatni wpis dotyczył europejskich nomadów, którzy przetrwali jeszcze do naszych czasów, ale społeczeństwa miejskie niechętne są ich wizytom, bo to wiąże się z podejrzeniami o kradzieże oraz inne przestępstwa. Jest jednak tradycja wędrowania młodych ludzi, która została zaakceptowana i zaadoptowana we współczesnej Europie jako program edukacyjny, ponieważ wiąże się z rozwojem własnych umiejętności oraz zdobywania zawodu.

Walz to sięgająca XII wieku tradycja rozwijająca się głównie w Niemczech. Wędrowni czeladnicy wyruszali w długą podróż, by zdobywać doświadczenie niezbędne do otrzymania tytułu mistrza. Podróże te określone były ścisłymi rygorami: podróż nie mogła trwać krócej niż dwa lata i jeden dzień, zaś rzemieślnik w swej drodze miał zakaz zbliżania się do swojego domu na dystans mniejszy niż 60 kilometrów. Po praktykę wyruszali rzemieślnicy, wykonujący różne zawody, jak kamieniarze, cieśle, dekarze, murarze itp. Ta tradycja wciąż jest praktykowana przez absolwentów różnych szkół zawodowych na terenie Niemiec, ale w podróż mogą wybrać się tylko kawalerowie przed 30 rokiem życia. Można ich rozpoznać po specyficznych strojach, różniących się w zależności od zawodu: kapeluszach, spodniach – dzwonach, kamizelkach itd. Nie wiedziałem nic o tej tradycji, dopóki w swojej rocznej podróży nie spotkałem Benjamina. Oto fragment dziennika z podróży opisujący to spotkanie:


3 stycznia 2008
Idąc gwarną ulicą, pełną sprzedawców rozłożonych na ziemi ze swoimi towarami, wśród motocyklistów i rowerzystów ujrzałem chłopaka, którego widziałem jeszcze w Australii. Nietrudno go było poznać bo wyglądał bardzo nietypowo, jakby przetunelował wprost ze średniowiecznej Europy: biała koszula, na niej czarna kamizelka, szerokie czarne spodnie, na głowie skórzany kapelusz do szpica z szerokim rondem, w ręku dzierżył drewnianą, rzeźbioną laskę jakby skręconą z dwóch kawałków. Miał rzadką, rudawą brodę i młodą twarz. Dogoniłem go.
– Cześć. Czy ty czasem nie podróżowałeś kilka miesięcy temu po Australii? – zagadnąłem.
Zatrzymał się i uśmiechnął.
– Tak. Widziałeś mnie tam?
– Widziałem i mówiono mi o tobie. Jesteś z Niemiec tak?
– Zgadza się. Mam na imię Benjamin.
– Ja Sławek – uścisnęliśmy sobie ręce.
– Kto ci o mnie mówił?
– Para z Włoch którą poznałem w Alice Springs. Podwozili cię autostopem.
– Chyba pamiętam.
– A ja widziałem cię chyba w okolicach Darwin.
– To możliwe. Byłem tam w październiku czy listopadzie.
– Wygląda na to że długo podróżujesz.
– Od dwóch i pół roku.
– Świetnie! Ja zacząłem ponad pół roku temu.
– Z Australii?
– Nie, Ameryki Południowej.
– Okrążasz świat?

– Tak. Dałem sobie na to rok. Jak sobie radzisz tak długo w podróży?
– Szukam różnych zajęć. W Niemczech jestem cieślą i po szkole wyruszyłem doskonalić swój warsztat.
– Tak jak średniowieczni czeladnicy.
– Właśnie. Może gdzieś usiądziemy? – zaproponował.
Szukaliśmy jakiejś restauracji. Ludzie, którzy nas mijali nie kryli zaskoczenia na jego widok. Zatrzymaliśmy się przy kobietach, stojących przy dwóch garach. Uchyliłem wieko, były tam trzy rodzaje ryżu.
– Wygląda nieźle – powiedział Benjamin. – Ile kosztuje porcja?
– Tysiąc reali – kobieta uśmiechnęła się szeroko.
Dostaliśmy w woreczkach foliowych ryż owinięty w kawałek placka i obsypany cukrem a w środku znajdował się też jakiś warzywny farsz. Obok, przy sklepie z butlami gazowymi stały dwa krzesełka, gdzie pozwolono nam przysiąść.
– Już wiem, dlaczego tu jest tak wielu dentystów – Benjamin strzepał warstwę cukru ze swojej porcji.
  Tak, ale nie chciałbym dostać się w ich ręce.
Benjamin pokazał mi swój notes, gdzie zbierał urzędowe stemple miast i gmin, które odwiedził. Najwięcej było z Niemiec. Przy nich krótkie listy rekomendacyjne, pisane przez ludzi, dla których pracował. Czasem też zdjęcia swoich wyrobów: drewniane i już wstawione okno, naprawione schody, jakaś skrzynia itd. Było też zbiorowe zdjęcie jego rówieśników.
– Mają podobne stroje ale różne kolory koszul – zauważyłem.
– Tak, w zależności od materiału w jakim się pracuje. Ten jest specjalistą w kamieniu a ten w metalu – pokazywał palcem.
– Wszyscy oni podróżują tak jak ty?
– Tak. Ta tradycja nazywa się Walz i pochodzi rzeczywiście ze średniowiecza.
– Masz z nimi kontakt?
– Z niektórymi.
– Jak to wygląda? Kończycie szkoły i niektórzy z was wyruszają w świat, żeby uczyć się i pracować?
– To jakby organizacja. Wyruszamy z jednym euro w kieszeni i musimy przeżyć trzy lata z pracy swoich rąk. Wracamy bogatsi o doświadczenia. Ja zarobiłem dość pieniędzy w Niemczech na bilet do Australii i teraz kontynuuję podróż przez Azję. Uczę się nowych rodzajów pracy, poznaję inne materiały, narzędzia.
– A ten strój?
– To także tradycja. Nie możemy ubierać się w nic innego podczas podróży.
– To chyba kłopotliwe.
– Czasami. Muszę sam reperować odzież, kiedy ulegnie zniszczeniu.
– Kiedy wracasz do Niemiec? Czy w ogóle wracasz?
Roześmiał się.
– Pozostało mi pół roku do powrotu do domu.
– I jak się czujesz?
– Świetnie!
– Co będziesz robił w kraju?
– Znajdę pracę i chyba się ustatkuję.
– Po takim doświadczeniu? Możesz mieć z tym problem.
– Wiem – roześmiał się. – Ci co powrócili z takich eskapad rzeczywiście nie zawsze radzą sobie w tak zwanym normalnym świecie. Wielu wraca do tego sposobu na życie. Ale już na własną rękę. Walz oficjalnie jest tylko dla ludzi, którzy kończą szkoły rzemieślnicze i są przed trzydziestką.
Wokół panował gwar. Zjedliśmy i Benjamin spojrzał na zegarek.
– Muszę jeszcze pójść do supermarketu – powiedział.
– A ja chcę odwiedzić Muzeum Tuol Sleng.
– Ciężkie klimaty. Byłem tam wczoraj. Spotkajmy się jeszcze, może o piątej?
– OK. Gdzie?
– Mieszkam w salonie masażu, w którym pracują niewidomi. Naprawiłem im kilka rzeczy i pozwolili mi za darmo pozostać tam przez parę dni. Poza tym mam darmowe masaże!
– Pokaż mi to miejsce to cię tam znajdę – wyjąłem plan miasta z plecaka.
Benjamin chwilę szukał odpowiedniej ulicy i zaznaczył mi miejsce długopisem. Wydawało się niezbyt oddalone od mojego hotelu.


Link, na którym znalazłem prezentowane zdjęcie:

Więcej na temat tych korporacji i ich  miejsca we współczesnej Europie na stronie: