poniedziałek, 23 lipca 2012

Z (prawie) ostatniej chwili...

Za kilka godzin wylatuję, tymczasem znalazłem niedawno w sieci takie wieści...

"6 lipca 2012
Seria ataków kanibalistycznych w przybrzeżnym mieście Mandag w Papui Nowej Gwinei opóźniła wybory, które się tam odbywają. Ponad 500-osobowa grupa kanibali zabija i zjada tych, wobec których mają podejrzenia o uprawianie czarnej magii - informuje portal telegraph.co.uk.
Siedem osób oskarżonych o uprawianie czarnej magii w przybrzeżnym mieście Mandag zostało zabitych i zjedzonych. Policja aresztowała 29 osób, w tym 13-letniego chłopca. Lider grupy kanibali, miejscowy radny, pozostaje na wolności.
Samozwańczy magowie domagali się pieniędzy od schorowanych ludzi. Grupy przeciwdziałające temu procederowi, uważają, że mają specjalne moce, by wykrywać czarowników.

- Czary wymykają nam się spod kontroli - powiedział jeden z działaczy politycznych z Mandag.
- Kiedyś było dobrze, a teraz zabijają ofiary, wyciągają im serce, wypijają krew - mówi.
Seria ataków około 500-osobowej grupy kanibali o dwa tygodnie przedłużyła wybory, odbywające się na wyspie - ich koniec zaplanowano na zeszły piątek, a faktycznie zakończą się za tydzień."

Mam nadzieję, że mięso białych ludzi im nie podchodzi, niemniej trzymajcie za mnie kciuki!

niedziela, 15 lipca 2012

Narastające napięcie przed wyprawą.

Już tylko 10 dni do wylotu do Indonezji. Moi przyjaciele pilotują wszystko: W Jakarcie odbierze mnie z lotniska Irwan, u którego zostanę kilka dni w pracowni. Organizuje mi już też przelot na Papuę, do Timiki . Nie byłem w tym górniczym miasteczku. Tam z Wameny przeniósł się Fredy, który niedawno poinformował mnie o swoim rozwodzie. W 2007 roku poznałem jego pierwszą żonę, pochodzącą z wyspy Biak. Nie mieli dzieci. Teraz jest z kobietą z plemienia Dani, z którą ma roczną córeczkę. Przesłał mi grupowe zdjęcia, na których z trudem go rozpoznałem! Wydaje się, jakby na powrót "zdziczał" (nie używam tu tego słowa w sensie pejoratywnym!). Jego mocno religijna pierwsza żona powodowała chyba, że wydawał się nieśmiały i skryty. Teraz z fotografii trochę złowrogo spogląda na mnie facet, który gdyby nie bejsbolówka i t-shirt, zdawałby się wyrwany wprost z neolitu. Czy to możliwe, że Fredy zmienił się w ciągu 5 lat tak bardzo? Niemniej jego angielski jest wciąż bardzo dobry i to mnie nieco uspokaja. On szczególnie pomaga mi zorganizować wszystko na miejscu: "surat jalan", czyli dokument umożliwiający mi przemieszczanie się po wyspie, kontakty z ludźmi w Dolinie Baliem, przeprawę łodzią do Asmat, samoloty do Wameny. Odezwał się też inny przyjaciel z Jayapury - Lazarus. Od wizyty u niego chciałem rozpocząć tą podróż, ale z powodu jego długiego milczenia postanowiłem polecieć z Jakarty do Timiki. Jego list nieco mnie zmartwił: Lazarus ostrzega mnie przed prowadzeniem jakichkolwiek warsztatów z papuaskimi dziećmi, nie mając żadnej zgody od władz indonezyjskich i władz papuaskiej prowincji. Jak mi napisał, powinienem mieć inną niż turystyczna wizę, jeżeli chcę pracować na miejscu. Chyba nie zrozumiał, że moja tam praca ma być nieoficjalna. Mam nadzieję, że kredki, farby i plastelina oraz duże ilości bloków rysunkowych w plecaku nie będą jakimś problemem podczas odprawy na lotnisku. Zawsze przecież mogę powiedzieć, że to prezenty dla dzieci moich przyjaciół...
Gdy w 2007 roku starałem się o wizę w konsulacie Indonezji w Australii, pytając też o możliwość udania się do Papui poinformowano mnie niezbyt przyjaznym tonem, że to mało prawdopodobne, bo turyści tam narażeni są na niebezpieczeństwa ze strony tubylców. Oczywiście okazało się to bzdurą. Generalnie jednak deklarując chęć nurkowania wśród raf koralowych u wybrzeży Papui, władze chętnie dają pozwolenia, ale wspominanie indonezyjskim urzędnikom o chęci kontaktów z rdzenną ludnością powoduje ich irytację i wrogość. Wtedy jednak łatwo kupiłem bilet do Jayapury z Denpasar na Bali. Myślę, że tym razem także dam sobie radę, znając już co nieco tamtejsze realia. Na Bali poznałem dziewczynę, której krewny był wysoko postawionym oficerem stacjonującym w Papui. Dała mi jego numer telefonu. Wtedy profilaktycznie szukałem z nim kontaktu i udało mi się do niego dodzwonić z jakiejś strażnicy w Sentani. Nie spotkałem go osobiście, ale wymienianie jego nazwiska wystarczało, by indonezyjscy żołnierze odczuwali przede mną respekt. Być może znajomość ta znów okaże się pomocna...

niedziela, 1 lipca 2012

Przygotowania do podróży w czasie.

Wracam do głównego tematu tego blogu, czyli wyjazdu na Papuę. Do tej pory, mimo kilku obietnic, nie udało mi się znaleźć żadnego sponsora i finansuję wszystko sam: bilety, zakwaterowania oraz materiały do rysowania i malowania dla papuaskich dzieciaków. Koszty są spore, szczególnie przeloty... Na szczęście nie zawiedli papuascy przyjaciele, którzy organizują mi wszystko na miejscu. Fredy sprawdził dokładnie połączenia z Jakarty do różnych miejsc w Papui, pozwolenia na poruszanie się po tej indonezyjskiej części wyspy, także możliwości popłynięcia do krainy Asmat z Timiki. Ani w Timice ani w Asmat nie byłem, a są to tereny na południu Papui. Timika słynie z niechlubnej kopalni, którą zarządzają Amerykanie i tego tematu nie będę rozwijał, bo już o tym wspominałem na początku blogu. Asmat to kraina wspaniałych artystów, rzeźbiarzy. To tam młody Rockefeler pozyskiwał eksponaty do muzeum i tam zaginął bez wieści…
Fredy poznał mnie tez mailowo z innym mówiącym po angielsku Papuasem o imieniu Kelly (oryginalne imiona Papuasów zamienia się na anglosaskie w zależności od ich brzmienia i podobieństwa…). Ten człowiek także bardzo chce mi pomóc, mam u niego metę w Dolinie Baliem i będzie moim pilotem oraz towarzyszem w drodze z Wameny do Pyramide, gdzie w 2007 roku obiecałem powrót, by popracować z dziećmi. Marzy mi się też wyprawa w góry, do bardziej odizolowanych wiosek. To oprócz warsztatów z dziećmi najważniejszy mój cel.
Zanurzyć się w prahistorię.
Od Kelly’ego dowiedziałem się też o Baliem Festiwal w Wamenie, który odbędzie się pomiędzy 8 i 11 sierpnia. Akurat wtedy powinienem tam być.
Mój przyjaciel z Sentani – Lazarus – niestety nie odzywa się. Była to pierwsza osoba, którą poznałem w Papui. Pozwolił mi zamieszkać w jednym z pokoi organizacji YPA, w której pracował i tam zdobyłem listy rekomendacyjne do szefów wiosek w Dolinie Baliem. Jak się dowiedziałem, ta organizacja pomagająca rdzennej ludności została rozwiązana, budynek przejęła inna firma, więc Lazarus z żoną i trójką dzieci najprawdopodobniej musiał się stamtąd wynieść…

Mam już bilet do Jakarty na 24 lipca i mój indonezyjski kumpel, artysta Irwan Ahmett, którego poznałem w Bielsku Białej jakiś rok temu, również wykazuje dużą gościnę, upierając się, bym pozostał w stolicy Indonezji na co najmniej dwa, trzy dni, podczas których pokaże mi miasto. Oczywiście proponuje też gościnę – w swojej pracowni.
Tak więc wszystko na razie wygląda obiecująco. Mam nadzieję, że po powrocie będę mógł podzielić się materiałem, jaki stamtąd przywiozę: pracami dzieci, fotografiami i filmami, jakie tam chcę nakręcić. Oczywiście będę prowadził skrupulatny dziennik. Kilka galerii i miejsc sztuki wyraziło zainteresowanie pokazami. Będę informował, kiedy co się będzie odbywało.

Na razie jednak czekają mnie krajowe, rodzinne wczasy, na które już się cieszę!

Na koniec jeszcze kilka wspomnień fotograficznych z 2007 roku, które bardzo mocno siedzą mi w głowie:


Sztab ludzi pracujących w YPA, Sentani
Lazarus z najstarszym synem, Sentani


Przed domem Fredy'ego, Wamena

W podziękowaniu pomalowałem
im mieszkanie...


 

Spotkanie w drodze do Pyramide
Jedna z wiosek w dystrykcie
Pyramide












Dzieci z wioski
Dzieci z wioski












Nieufność przezwyciężona, Pyramide
Jedna z kilku mumii w Dolinie Baliem












Mężczyzna Dani kupujący tytoń,
Wamena
Bazary, chyba takie same od setek lat











 

Obopólne zainteresowanie, Wamena

14. 11. 2007: "Kiedyś tu wrócę"


niedziela, 17 czerwca 2012

Papuaskie fotografie Malcolma Kirka

W jednym z pierwszych wpisów na blogu opowiadałem o swojej fascynacji albumem fotograficznym "Menschen und Masken" wydanym przez Taschen, przedstawiającym mieszkańców górzystego centrum Papui Nowej Gwinei. Autorem zdjęć był Malcolm Kirk, który zanim wyjechał na Papuę, dał się poznać jako fotograf prominentnych artystów oraz naukowców. Przed jego obiektywem stawali m.in. Andy Warhol, Roy Lichtenstein, Robert Rauschenberg, Willem De Kooning, Richard Feynman czy Claude Levi-Strauss.
Sponsorowany przez magazyn National Geographic, w 1967 roku odbył półroczną ekspedycję do Papui Nowej Gwinei, odwiedzając lasy tropikalne, głównie w górzystym centrum wyspy. Wrócił tam po 13 latach, dokumentując niezwykłe dekoracje ciała rdzennej ludności. Efektem jego pracy był wielkoformatowy album wydany w 1981 roku.
Ten brytyjski fotograf wiedział, czego chce, wracając w 1980 roku na Papuę. Swoich modeli ustawiał na neutralnym, białym tle co spowodowało, że oderwani są oni od naturalnego środowiska, ale też możemy lepiej przyjrzeć się detalom ich ozdób.
Papuasi ozdabiali swoje ciała głównie z okazji festiwali lub przed bitwami. Ta swoista forma przebrania miała też - szczególnie podczas rytualnych tańców – spowodować zatracenie własnej osobowości. Po to też służą im maski. Niezwykle barwne ozdoby ciała odzwierciedlają świat, jaki jest wokół nich. Pióra do ozdabiania głów pochodzą od rajskich ptaków. Wielu mężczyzn zakłada też swoiste peruki, wykonane z ludzkich włosów, które z czasem, nieco osiadając na głowie, zaczynają przypominać kształtem czapki oficerów armii napoleońskiej… Intensywne kolory, którymi pokrywają swoje twarze są oczywiście pochodzenia naturalnego. Malują się, używając węgla drzewnego, popiołu, tłuszczu zwierzęcego, oleju z roślin, gliny i wapna. Oprócz tego nakładają na siebie muszle (te duże, w kształcie rogala na szyi to tzw. „kina”), przeróżne trawy, kości oraz kły dzików (mężczyźni wkładają je sobie do nosa).
W tym blogu zamieszczam tylko kilka fotografii, jakie znajdują się w albumie. Na szczęście znalazłem stronę autora, na której można zobaczyć inne jego zdjęcia.

Te fotografie pochodzą z różnych stron internetu, ale wszystkie znajdują się w albumie. Odczuwam szacunek wobec fotografa, który nie tylko dokumentując te wspaniałe twarze zadbał też o to, by dowiedzieć się jak mają na imię, skąd dokładnie pochodzą. 
Kliknijcie na zdjęcia i powiększcie je sobie; przypatrzcie się tym oczom!

  
Yame, prowincja Chimbu,
rejon Nambaiyufa
    
Pfundu, wschód prowincji
górskiej, rejon Watabung
  
imię nieznane, wschód
prowincji górskiej, rejon Lufa
 
Kongel, południe prowincji
górskiej, rejon Mendi
 
Huliya, południe prowincji
górskiej, rejon Ialuba 

Ikupu hau, centralna prowincja,
plemię Roro

 
Napo, zachód prowincji
górskiej, rejon Kauil
 
Kin'gal, zachód prowincji
górskiej, rejon Melpa 

Sali, południe prowincji
górskiej, rejon Mendi
wdowa, południe prowincji
górskiej, rejon Mendi

Mone, południe prowincji
górskiej, rejon Mendi
Embedame, południe prowincji
górskiej, rejon Huli



niedziela, 10 czerwca 2012

Tybetańczycy

Pisząc o Papui pod rządami Indonezji porównałem sytuację jej mieszkańców do tego, co przeżywają Tybetańczycy. Popularność buddyzmu i nauk Dalajlamy na zachodzie powoduje, że sporo wiemy na temat chińskiej okupacji Dachu Świata i oczywiście stajemy po stronie ciemiężonych. Świat, prowadzący z Chińczykami interesy oficjalnie nie odważy się potępić agresywnej polityki Pekinu wobec tych pokojowo nastawionych, skromnych górali. Warto przyjrzeć się nieco bliżej Tybetowi i jego historii.
O ile cywilizacja zachodnia dbała o to, by jej dzieje przetrwały w formie kronik, ludy zamieszkujące Himalaje są pod tym względem bardziej tajemnicze. Kronikarze, którzy przemierzali te tereny, na ogół mieszali prawdę z fikcją, związaną z lokalnymi wierzeniami a potem z rozwojem buddyzmu, który dotarł na te tereny w VII wieku naszej ery. Przed buddyzmem panowała tu religia bon, mająca związki z szamanizmem z północy Azji. Dlatego pełno w tych wierzeniach opowieści o demonach i świętych. W pewnym stopniu przejął to później buddyzm tybetański.
Najstarsze odkryte ślady świadczą, że człowiek zamieszkiwał Himalaje już przed ponad 20 tysiącami lat. Tybetańczycy sądzą, że Wyżynę Tybetańską zamieszkiwało kilka plemion, które – to już z pewnością legenda – wywodziły się od małp. (Ciekawe jest, że ta stara legenda przypomina teorię ewolucji Darwina!) Wzajemne waśnie spowodowały rozpad plemion na kilkadziesiąt państewek, z czasem ponownie zjednoczonych. Inne źródła mówią o wojowniczej ludności Cang, która w II wieku p.n.e. z Chin przedostała się na dzisiejsze tereny Tybetu, dając początek tej grupie etnicznej. Prawdopodobnie to buddyzm miał wpływ na fakt, że państwo Tybet po VII wieku znacznie się rozrosło i zdołało osiągnąć wysoką rangę polityczną w regionie. W XIII wieku potęga mongolska rozrosła się nie tylko szeroko na stepy, ale dotarła też i na te ziemie. Zarówno Mongołowie jak i Chińczycy niemal zawsze mieli wpływ na sytuację polityczną i socjalną Tybetu. Obecna polityka rządu Chin wobec tych ziem nie jest więc w historii czymś nowym! Już w połowie VII wieku doszło do działań wojennych na większą skalę wojsk chińskich z Tybetańczykami. Silne wpływy potężnego sąsiada trwały do 1368 roku. 250 lat później do zachodniego Tybetu dotarli Jezuici a niecałe 100 lat po nich Kapucyni, jednak tereny te były w tym czasie kontrolowane przez plemiona mongolskie, odbite znów przez Chińczyków. W początku XX wieku Tybet najechali Brytyjczycy, panoszący się już od dawna w Indiach.
Wszyscy wiemy o ucieczce Dalajlamy XIV z Tybetu do Indii w 1959 roku, ale już pół wieku wcześniej miała miejsce podobna historia, kiedy poprzednik Tenzina Gjaco, Dalajlama XIII także uciekał z Lhasy do Indii – wówczas brytyjskich – przed wojskami chińskimi. Wtedy jednak Tybetańczykom udało się po kilku latach wygnać najeźdźców, a w wojnie tej po stronie Tybetu opowiedziała się Wielka Brytania.
Od połowy XX wieku chińscy komuniści dopuszczali się na tym terenie wielu zbrodni, niszczyli dorobek kulturalny i cywilizacyjny Tybetu a jego szczególne natężenie miało miejsce w latach szczytu „Rewolucji Kulturalnej”, czyli pomiędzy 1966 a 1969.
Chińczycy nadali Tybetowi status Regionu Autonomicznego, ale ich postępowanie nie pozostawia złudzeń, że dążą do zniszczenia jego tradycji. Rozbudowują stare miasta, niszcząc ich pierwotny charakter, budują nowe – oczywiście na całkiem nową i obcą Tybetańczykom modłę. Zwozi się setki tysięcy robotników z różnych regionów Chin wraz z rodzinami, by wymieszać te kultury z nadzieją, że chińska wchłonie rodzimą. Otwarcie linii kolejowej łączącej Chiny z Lhasą w 2007 roku było wielkim sukcesem inżynieryjnym, ale z pewnością znacznie przyśpieszy degradację tybetańskiej kultury.
W Tybecie byłem dwukrotnie, wjeżdżając do niego z Chin, przejeżdżając Himalaje i udając się do Nepalu. Dwa razy byłem tam nielegalnie, bez odpowiedniego pozwolenia. Te przygody opisywałem na swoim blogu z rocznej podróży. Pierwszy raz, w 2002 roku. Po drodze widziałem niewiele; jechałem tam przemycony za odpowiednią opłatą, leżąc dwa dni i dwie noce, wciśnięty w zdezelowanym autobusie wraz z chińskimi robotnikami. Po raz drugi, zimą 2008 roku udało mi się dostać do pociągu bez pozwolenia, usilnie przekonując kolejne służby mundurowe na dworcu w Chengdu, że wymięty świstek ze stemplami, jaki przygotowałem sobie przed wyjazdem, to wystarczający dokument.
Będąc tam po raz drugi, zauważałem zmiany. W Lhasie pojawiło się wiele nowych, wysokich budynków, opatrzonych bilboardami i planszami w dwóch językach. Chińskie ideogramy znacznie przeważały wielkością nad tybetańskim pismem. Wśród śpieszących gdzieś Chińczyków, jakby w zwolnionym tempie, ze skupieniem i tajemniczym uśmieszkiem zauważałem ubranych w grube, tradycyjne stroje staruszków, kręcących młynkami modlitewnymi, przerzucających paciorki różańców. Usta bezgłośnie mieliły mantry. Na widok obcych na ogół uśmiechali się serdecznie i trochę smutno. Wyczuwało się, że obroną przed agresją obcego świata, jaki wyrastał wokół nich była wiara. Odwiedzałem miejsca kultu: świątynię Jokhang i leżący poza centrum klasztor Sera. Tam tłoczyły się tłumy Tybetańczyków w różnym wieku, czekając na swoją kolej, by pokłonić się najważniejszym rzeźbom z wyobrażeniem bóstwa. Wokół Jokhang bez przerwy spacerowały gromady ludzi, kręcąc młynkami. Inni rytmicznie padali na twarz, oddając pokłony przed głównym wejściem do świątyni. Oddających cześć starców widziałem też przed pałacem Dalajlamy – Potalą, przerobioną przez władze z Pekinu na muzeum. Ta olbrzymia budowla na wzgórzu została tak sprytnie obudowana wieżowcami, że dopiero stając przed nią, albo udając się poza miasto na któreś ze wzgórz, można było ujrzeć majestat i docenić skalę pałacu. Pomyślałem, że przez całe wieki ludzie żyjący w cieniu tej budowli, pracujący ciężko by utrzymac bardzo rozbudowany system klasztorny, nie odczuwali wielkiej miłości do żyjących nieco próżniaczo mnichów... 




Polityka Chin przynosi efekty. Widziałem kilka restauracji, w której pracowali wspólnie młodzi Chińczycy i Tybetańczycy. Wzajemne relacje były przyjazne. To pokolenie wydawało się już nie obciążone myśleniem o straconej suwerenności. Starzy ludzie żyją w swoim świecie, określonym przede wszystkim religią, młodzi w epoce globalizmu potrafią się dogadać z rówieśnikami, najtrudniej przychodzi się odnaleźć średniemu pokoleniu Tybetańczyków.
Ludzi tych cechuje niebywała cierpliwość i opanowanie. Wydawało się, że nic nie jest w stanie  wyprowadzić ich z równowagi. Dlatego zdziwiłem się, kiedy ponad miesiąc później, będąc już na południu Indii usłyszałem o rozruchach i zniszczeniu Lhasy podczas walk Tybetańczyków z chińską armią. Fotografie w indyjskich gazetach pokazywały spalone domy na głównej ulicy i zniszczone samochody. W Madurai przetaczały się demonstracje młodych mnichów tybetańskich o bardzo dramatycznym przebiegu. Niektórzy z młodych chłopców przebrani byli za chińskich oprawców, dźgających lufami karabinów pomazanych czerwoną farbą mnichów, skutych kajdankami. Happening był bardzo realistyczny i w pierwszym momencie nie wyczułęm, że to inscenizacja. Czułem oburzenie, że Hindusi nie zwracali na to większej uwagi.  

Mnichów w Tybecie oglądałem zajmujących się sprawami codziennymi w klasztorach albo śpiewających mantry, kiedy siedząc na ulicy żebrali o jałmużnę. Nie brak też było żebrających rodzin w łachmanach. Ich twarze świadczyły, że przybyli z prowincji. Być może wyrzucano ich z własnych domów i ziem, na których osiedlano chińskie rodziny. Był to szczególnie przygnębiający widok.
Jadąc w kierunku granicy z Nepalem zatrzymywałem się w kilku niewielkich miastach, w których czas jakby stanął w miejscu. Chińczycy nie zdążyli tam jeszcze nic pobudować. Tych ludzi cechowała duża gościnność a kilku mężczyzn słysząc, że jestem Polakiem ucieszyło się, bo często pilotowali polskich himalaistów, o których mieli dobre zdanie.

Niektóre osady były bardzo biedne. Mimo to ludzi tam żyjących cechowała jakaś radość Szczególnie dzieci, obsmarkane i ubrane w szmaty, wykazywały ciekawość i z radością pozowały do zdjęć. Twarze wielu ludzi tam żyjących wryły mi się w pamięć, ale nie zapomnę też pewnego innego spotkania.
Spacerowałem wzdłuż murów klasztoru Sera, kiedy jak gdyby znikąd pojawiła się przy mnie stara mniszka wygolona niemal na łyso. Uśmiechnęła się, wskazała na aparat fotograficzny, jaki miałem w ręce, potem na siebie i stanęła przy murze, za którym powiewały czerwone flagi modlitewne. Przymknęła oczy i zdawała się przenieść w inny wymiar. Zrobiłem kilka zdjęć i zanim zdążyłem podziękować, dotknęła mojej głowy i odeszła. 

wtorek, 29 maja 2012

Karen - niezwykli birmańscy uchodźcy

Niedawno świat obiegły informacje z Birmy o zwycięstwie Narodowej Ligi Demokracji, której przewodniczy noblistka Aung San Suu Kyi. Według reguł wprowadzonych przez juntę wojskową, która od wielu lat rządzi tym krajem, 25 procent miejsc bez względu na wyniki wyborów należy się wojskowym.
Jestem ciekaw, czy wybory te zmienią sytuację mniejszości narodowych, które od kilkudziesięciu lat są dyskryminowane i prześladowane z uwagi na swoje ambicje niepodległościowe. Świadkowie, którym udało się przemycić informacje o sytuacji grup etnicznych Kachin, Shan i Karen, informują o mordach, gwałtach, pacyfikacjach wiosek, przesiedlaniu wgłąb dżungli, których dokonuje birmańska armia.
Zachód zna sytuację w Birmie, ale robi niewiele, by wpłynąć na juntę wojskową. Amnesty International działania birmańskich żołnierzy nazywa wprost zbrodnią przeciwko ludzkości.
Poddawaną szczególnej presji grupą etniczną są ludzie Karen. To kara za to, że podczas II wojny światowej, kiedy oficjalnie Birma była sojusznikiem Japonii, społeczność Karen wspomagała aliantów; głownie Brytyjczyków, którzy obiecywali im stworzenie własnego państwa. Do tego oczywiście nie doszło a Brytyjczycy – jak to Brytyjczycy – nie wywiązali się z obietnic wobec swoich sojuszników. (Na Tasmanii, w Polskim Klubie rozmawiałem z żyjącymi jeszcze weteranami spod Tobruku i Monte Casino, którzy walczyli u boku Anglików a po wojnie traktowani byli w Wielkiej Brytanii jak żołnierzy Wehrmahtu, więc mnie to nie dziwi…). Kiedy w 1948 roku Brytyjczycy wycofali się z tamtych terenów, zostawili ludność Karen na pastwę władz z Rangun, choć było jasne, do czego to doprowadzi. Wojskowe władze Birmy postawiły sobie za cel całkowitą eksterminację tych ludzi. Presje przybrały na sile po 1988 roku, kiedy przez ten kraj przetoczyła się fala antyrządowych wystąpień, krwawo stłumionych przez wojsko. Od tego czasu trwa wojna partyzancka ludzi Karen z armią, jednak cierpią zawsze niewinni… Od przejęcia władzy przez juntę wojskową, Birmę opuściło około 2 miliony ludzi tej grupy etnicznej, przeprawiając przez graniczną z Tajlandią rzekę Moei.
Rząd Tajlandii ma problem z ludnością Karen. Stworzono kilka obozów w okolicy miasta Chiang Mae, w których żyją ci ludzie. To ubogie wioski, które muszą same zarobić na swoje utrzymanie. Niektórzy mężczyźni zatrudniani są w pracy na polach i w fabrykach, ale większość nie ma stałego zajęcia. Warunki sanitarne i medyczne pozostawiają wiele do życzenia.
Olbrzymia ilość uchodźców spowodowała, że w 2007 roku rząd w Tajlandii nie chciał pozwolić na wjazd do swego kraju grupie Karen liczącej ponad 200 osób. Lokalne władze uznały, że nie są oni zagrożeni, bo nie słyszano żadnych odgłosów walk przy granicy. W końcu, wycieńczonym uciekinierom zezwolono na pobyt w jednym przepełnionych już obozów, który nie jest bezpieczny z powodu swojej lokalizacji: znajduje się pomiędzy terenami, na których stacjonują birmańskie wojska… Ci, którzy żyją w obozach na terenie Tajlandii i tak mogą nazywać się szczęśliwcami: w dżungli pomiędzy Tajlandią i Birmą ukrywa się kilka tysięcy ludzi grupy Karen.
Kiedy w rocznej podróży dookoła świata dotarłem do Tajlandii, bardzo chciałem zobaczyć tych ludzi. Kobiety plemion Karen słyną z obręczy, zakładanych im na szyję. Fotografie obejrzane jeszcze przed podróżą, na których kobiety wydawały się mieć nadnaturalnej długości szyje owinięte zwojami mosiężnego drutu bardzo intrygowały. Z Bangkoku dojechałem do Chiang Mai pociągiem a potem jeszcze długo przeprawiałem się autobusem i autostopem w trudno dostępne, górskie rejony, by dotrzeć do wioski Nai Soi.

Oto fragment z dziennika relacjonujący to spotkanie z ludźmi Karen:

20 grudnia 2007

Tropik namiotu od środka był mokry. Zasunąłem zamek i bardzo wcześnie, po 6.00 poszedłem w stronę Nai Soi. Dopiero świtało. Znalazłem się ponownie na asfaltowej drodze, kiwnąłem na samochód jadący w tym samym kierunku i po chwili siedziałem na pace pełnej worków z warzywami i dwiema wagami. W szoferce wieśniak z żoną i dzieckiem, jechali na bazar do Nai Soi. Wyskoczyłem, kiedy w wiosce ujrzałem znak wskazujący, gdzie znajdują się chaty Długich Szyi. Kierowca nie chciał ode mnie zapłaty za podwiezienie. Minąłem kilka skromnych zabudowań i wioska się skończyła. Dla pewności spytałem na migi o drogę przechodzącego wieśniaka prowadzącego krowę. Wskazał mi ścieżkę za rzeką.
Pojazdy tam jadące musiały przeprawiać się wpław, obok znajdowała się betonowa tama, po której przeszedłem. Mgły wciąż wisiały nad koronami wyżej rosnących na wzgórzach drzew. Szedłem stromym podejściem, kamienistą ścieżką, potem ostro w dół i znalazłem się przed bramą oraz małą, drewniana budką, gdzie w witrynie zobaczyłem kilka fotografii kobiet o długich szyjach, skrępowanych metalowymi pierścieniami.
Zapłaciłem 250 baht za wstęp (około 25 złotych) i otrzymałem bilet. Kiedy chciałem sfilmować wejście do wioski, kamera odmówiła mi posłuszeństwa. W takim momencie! Psuła się często, ale tym razem wyglądało to poważniej. Próbowałem coś z tym zrobić, grzebiąc palcem przy głowicy, mając nadzieję, że to tylko mechaniczna usterka, bo nosząc ją w plecaku, wciąż była trochę podrzucana. Nie pomagało. Trudno. Może tak miało być, że w połowie mojej rocznej podróży powinienem nieuzbrojonym okiem oglądać rzeczywistość. Mogłem tylko fotografować.



















Wioska nie była duża i składała się z samych drewnianych chat. Już przy pierwszej zauważyłem kolorowe szale wiszące nad stolikiem z pamiątkami. Na krześle ujrzałem pierwszą kobietę z mosiężnymi pierścieniami na szyi. Wyglądało to rzeczywiście niezwykle. Miała w sobie duży spokój i na mój widok lekko się uśmiechnęła. Wypowiadała słowa cicho, jak gdyby obręcze utrudniały jej mowę.
– Skąd jesteś – spytała.
– Z Polski.
– Ile osób jest z tobą?
– Jestem sam.
Pokazywała mi kolejne przedmioty, podając ich cenę.
– Ten szal kosztuje sto baht, tamten większy sto pięćdziesiąt. Te maskotki sto, a te pięćdziesiąt.
– Dopiero przyjechałem i chcę wpierw obejrzeć wioskę, potem może coś kupię.
Uśmiechnęła się.
Poszedłem dalej. Przy niektórych chatach na stolikach oferowano kolejne pamiątki. Czasem stała też szklana skarbonka z banknotem w środku i wydrukowaną prośbą o niewielkie wsparcie dla wspólnoty. Niektóre kobiety zajęte były tkaniem.
Z głównej ścieżki można było zejść wgłąb wioski, gdzie stały kolejne chaty, dalej zaś rozciągały się wzgórza. Doszedłem na mały placyk z prowizorycznym boiskiem do siatkówki obok którego znajdowały się podłużne budynki. Gwar wewnątrz sugerował, że to szkoła. Podszedłem bliżej. Klasy oddzielone były tylko niewysokimi plecionymi ściankami a głosy dzieci z różnych pomieszczeń nakładały się na siebie, tworząc przedziwną kakofonię, kiedy powtarzały słowa za nauczycielem.
Stałem w wejściu do jednej z klas. Wewnątrz panował półmrok, sufit zrobiony z liści a w ścianach żadnych okien. Jedyne światło wpadało przez wejście i szpary. Dzieci pochylone były nad zeszytami. Podszedł do mnie chłopak.
– Mogę zajrzeć? – spytałem.
Przytaknął.
– Jesteś nauczycielem?
– Tak. Od tego roku.
Chwilę rozmawialiśmy. Dobrze znał angielski i pytał, skąd przyjechałem.
– Czy wszyscy tu są uchodźcami z Birmy?
– Tak. Ja też.
– Chyba jest wam tu lepiej niż w swoim kraju?
– Lepiej, ale nie możemy opuszczać tego miejsca, najwyżej do Mae Hong Son. Tylko mężczyźni.
– Słyszałem, że są w Tajlandii trzy takie wioski.
– Tak, dwie pozostałe znajdują się na południe stąd. Ta powstała jako pierwsza, ale kiedy było tu już za dużo ludzi władze Tajlandii postanowiły stworzyć kolejne.
– Przeniesiono tam ludzi z Nai Soi?
– Kto chciał, mógł się tam przeprowadzić.
Spojrzałem na dziewczynkę z obręczami na szyi, siedzącą plecami do mnie, piszącą coś zawzięcie w zeszycie.
– Za ciemno mają tutaj te dzieci. Psują sobie oczy – stwierdziłem.
Nie odpowiedział. Spojrzał tylko na klasę i sufit. Chyba nigdy o tym nie pomyślał. W Birmie uczył się zapewne w podobnych jak nie gorszych warunkach.
– Co one piszą? – spytałem.
– Zadałem im ćwiczenie. Uczę matematyki.
– Mogę wejść?
– Tak.
Pochyliłem się nad zeszytem jednej z dziewczynek. Sumowała dwucyfrowe liczby. Podniosła głowę i uśmiechnęliśmy się do siebie.
– Cześć!
– Cześć – odpowiedziała piskliwym głosem.
Pokazałem na swój aparat; dziewczynka przytaknęła.
Zrobiłem kilka zdjęć, ale nie chciałem przeszkadzać. Podniosłem rękę na pożegnanie nauczyciela, który wrócił za swoje biurko i wyszedłem. Dalej, przy dwóch stolikach z pamiątkami siedziały starsze kobiety, młodsza obok nich tkała szal. Te jednak nie miały obręczy na szyjach. Reprezentowały grupę Długich Uszu. Starsze miały bardzo ponaciągane płatki uszne a w nich srebrne ozdoby, młodszą zaś ozdabiał szeroki drewniany kołek. Tak jak Długie Szyje, one także nosiły nad kolanami mosiężne, spiralne obręcze.
Podszedłem do starej; ta uśmiechnęła się do mnie, wzięła do ręki kawałek grubego bambusa, na którym ponaciąganych było kilka strun i zagrała prostą melodię. Instrument miał bardzo ładne brzmienie. Usiadłem obok niej na werandzie i słuchałem. Potem podała mi instrument, bym sam spróbował.
Nieco dalej dzieci ćwiczyły celność oka strzelając z procy. Widząc mnie zawołały, żeby je sfotografować i zaczęły robić głupie miny do obiektywu. Potem jeden z chłopców na migi pokazał, bym dał mu aparat i zrobił kilka zdjęć mnie i swoim kumplom. Po nim kolejni. Najwyraźniej dzieci często miały do czynienia z turystami i aparatami, bo wiedziały, jak się nimi posługiwać. Chłopcy polecili mi kucnąć i wskakiwali na kolana, przyciskając głowy do mojego policzka.
– Mam na imię? – wypowiadały formułkę i czekały, aż odpowiem.
Albo nie uważały na lekcji angielskiego albo marnego miały nauczyciela.
– Jak masz na imię? – stukałem w klatkę piersiową każdego z łobuziaków, by zapamiętały, jak pytać obcych.
Dzieci szybko się zaprzyjaźniały, bardzo naturalnie też pozowały do zdjęć. Po chwili usłyszałem krótkie, ostre zawołanie. Był to mężczyzna w koszuli khaki, prawdopodobnie ojciec któregoś z nich, który położył płócienny woreczek na werandzie domu. Skinął do mnie na przywitanie. Chłopcy wyjęli z worka małe, martwe żółto - czarne ptaszki i uważnie oglądali zdobycze, rozchylając im nogi oraz dzioby. Zrozumiałem, że strzelanie z procy nie było dla dzieci tylko zabawą, ale ćwiczeniem celności oka podczas polowania.
Próbowałem jeszcze naprawiać kamerę: nic nie pomagało. Byłem zły, że nie mogłem rejestrować na video tego, co było wokół. Znalazłem prowizoryczną przychodnię, w której pielęgniarka opatrywała szyję jednej z kobiet, wkładając jej nasączoną czymś szmatę. Być może obtarła skórę w miejscu, do którego nie mogła się dostać. Poprosiłem o trochę spirytusu i próbowałem wyczyścić głowicę kamery, ale na nic się to zdało.
Obok przypięty był pinezkami do drewnianej kolumny artykuł z fotografią rentgenowską autorstwa jakiegoś francuskiego badacza, który przekonywał, że kobiety Karen wcale nie mają naciągniętych szyi. Ich wydłużenie miało być iluzją. Fotografia ukazywała kręgi szyjne jednej z kobiet w normalnym układzie. Być może tak było, ale z pewnością unieruchomienie głowy wspartej na obręczach powodowało zanik mięśni, które po zdjęciu metalu nie byłyby w stanie utrzymać głowy. Taki był też podobno powód ich zakładania: w momencie ciężkiego przewinienia, kobiecie zdejmowano po prostu ten mosiężny gorset co powodowało śmierć.
Poszedłem za wioskę, mijając poletka i wysokie wzgórza. Trzy kobiety niosły z pól wysokie trzciny w koszach na plecach. Wspaniałe miejsce. Kiedy ścieżka kończyła się błotem, zawróciłem.
Długo kręciłem się po wiosce i tylko raz zobaczyłem tam turystów: dwoje mężczyzn i kobietę rozmawiających po włosku.
Siedziałem chwilę przy kobiecie tkającej szal, obserwując jej sprawność rąk. By jakoś sobie zrekompensować fakt, że kamera nie działała, kupiłem u niej drewniany grzebyk oraz płytę VCD z tańcami oraz muzyką Kerreni. (Potem okazało się, ze na płycie jest… jeden trzeszczący kawałek śpiewu kobiet, trwający 2 minuty, skopiowany trzydziestokrotnie…)

Po 17.00 postanowiłem wracać. Szedłem kawałek pieszo i po pewnym czasie kiwnąłem ręką na mijającego mnie jeepa. Jechało w nim dwoje mężczyzn, pracujących w COERR, której skrót przetłumaczyli mi jako Catholic Office Emergency Relief and Refugees. Minęliśmy bramę tej organizacji i budkę strażniczą z uzbrojonym żołnierzem i mężczyźni podwieźli mnie do głównej drogi. Kawałek szedłem pieszo i znalazłem swój camping.