Kolejnym tematem rysunkowym zaproponowanym dzieciom była "Rodzina". Poprzez tłumacza poprosiłem, by narysowały swoje domostwa i codzienne życie rodziców oraz dziadków. Zaprawieni już po dwóch dniach pracy, z równie dużym zapałem zabrały się do pracy. Cieszyło mnie, że nie zmuszają się do niczego. Dyrektor szkoły, który w pierwszym dniu nieco wpływał na ich pracę, tego dnia był nieobecny i najwyraźniej to pozwoliło na większą swobodę. Ten temat najwyraźniej im odpowiadał i powstało wiele interesujących rysunków. Porównując wcześniejsze prace, rozpoznawałem style poszczególnych dzieci; kompozycję, rodzaj kreski itd.
Dzieci na ogół zaczynały od narysowania gór, wśród których żyły. Wamena otoczona była wzgórzami, których najwyższe szczyty często chowały się we mgle. Częstym motywem był samolot. Kilka razy dziennie można było zobaczyć na tutejszym niebie jakąś maszynę, krążącą nad miastem, próbującą osiąść na krótkim pasie lotniska położonego w północnej części Wameny. Pojawiała się też tęcza, słońce i gwiazdy, nie zawsze logicznie ze sobą połączone w jednym rysunku. Niektórzy fantastycznie komponowali chaty i płoty. Na kartkach papieru pojawiały się postaci ludzkie: nadzy mężczyźni z kotekami, strzelający do świni, wracający z maczetami z lasu, ścinający drzewa, kobiety w gospodarstwie, czasem flagi na masztach. Niektóre były czerwono - białe, indonezyjskie, inne zaś zakazane tutaj - papuaskie. Były, elementy flory i fauny, czasem fantastyczna kolorystyka i postaci chyba jakby przodków. Kiedy z pomocą towarzyszącego mi Kelly'ego pytałem o to autora, potwierdzał. Tak jakby rzeczywistość i świat duchów był jeszcze tak samo współobecny w umysłach niektórych dzieci. Miałem świadomość, że za kilka, kilkanaście lat dzieci te na hasło "Rodzina" narysują już całkiem inną rzeczywistość... Dlatego czułem, że robię z nimi coś ważnego. Utrwalam ślad czasu, który bezpowrotnie mija.
Niepokoiła mnie obecność indonezyjskiej nauczycielki w zielonym mundurze, która stała z innymi kobietami w pobliżu naszej klasy. Nie zaglądała do środka, co robią dzieci, ale ja pracowałem z nimi nielegalnie, więc mogłem z tego tytułu mieć jakies problemy. Dyrektor szkoły również. Kobieta długo nie odchodziła, rozmawiając cicho i obserwując często drogę. Wydawało mi się, że na kogoś czeka. Czy pojawi się na niej wojskowy lub policyjny samochód?
Na szczęście nic takiego się nie stało. Mieliśmy tego dnia więcej czasu, więc po skończeniu tematu, po krótkiej przerwie zaproponowałem ostatni, podsumowujący naszą wspólną pracę. Dzieci nawet nie chciały wychodzić na zewnątrz, gdzie uczniowie z innych klas boso biegali po placu. Co chwila jakaś grupka dzieciaków zaglądała do środka. Jeden z moich uczniów - Lanis Lantipo przejął w tym względzie rolę dyrektora i co chwila odganiał je, by nie przeszkadzały. Było to zabawne, bo nie grzeszył wzrostem, ale miał spojrzenie zawadiaki.
W tym blogu przedstawiam efekty pracy nad tematem "Rodzina". Przypominam, że rysunki te stanowić będą upominek dla osób, które wspomogą druk katalogu, jeżeli do niego dojdzie:
http://wspieramkulture.pl/projekt/33-PLYNNA-TOZSAMOSC
Minęła prawie połowa czasu przeznaczonego na zbiórkę tych środków, udało mi się zdobyć dopiero 4% potrzebnej sumy, ale kto wie... cuda się zdarzają!
Serdecznie dziękuję tym, którzy już okazali swoją hojność :)
środa, 23 stycznia 2013
sobota, 12 stycznia 2013
Warsztaty z dziećmi w Honelama - dzień 2
Do pracy z dziećmi wróciłem dwa dni później, po weekendzie. Spacerując w międzyczasie po tej okolicy zauważyłem, że przed szkołą św. Jakuba stoi wojskowa ciężarówka a kilkunastu indonezyjskich żołnierzy w polowych mundurach z karabinami siedzi leniwie w cieniu pod budynkiem. Zacząłem mieć obawy, czy ich obecność nie jest związana ze mną, moja nielegalna praca nie spowodowała problemów. Jeszcze przed przyjazdem do Doliny Baliem, zapowiadając swoje zamiary moi papuascy przyjaciele ostrzegali mnie, że jakakolwiek działalność tego typu powinna być zgłoszona wcześniej i powinienem mieć na to zgodę miejscowych władz. Zignorowałem to, zaopatrując się tylko po przylocie w "surat jalan", zwyczajowe pozwolenie na przemieszczanie się po określonych miejscach Papui Zachodniej, które należało przedkładać w miejscowych komisariatach policji i uzyskiwać stemple. To miałem już za sobą. Może więc ktoś doniósł? Jeszcze w latach 70. rząd Indonezji rękami żołnierzy niszczył wszelkie wytwory kultury papuaskiej, dopiero ostra reprymenda ze strony ONZ złagodziła nieco zapędy władz z Dżakarty...
Żołnierze przyglądali mi się, kiedy mijałem zabudowania szkoły i szedłem dalej. Kilkanaście dni wcześniej w tej części Wameny doszło do tragedii: indonezyjski żołnierz potrącił śmiertelnie papuaskie dziecko. W akcie rozpaczy ojciec odnalazł winowajcę w okolicy koszar i zabił go nożem. Sam został zastrzelony na miejscu, ale na tym się nie skończyło: armia w zemście przez kilka kolejnych dni jeździła po okolicy, strzelając na oślep do ludzi i domów. Zginęły kolejne osoby, kilka zostało rannych. Ponadto spalono dom rodziny nieszczęśnika oraz kilkanaście innych papuaskich gospodarstw. Oglądałem zgliszcza... Indonezyjska policja zachowała neutralność w tym konflikcie, obawiając się jakiejkolwiek interwencji. Po kilku dniach wszystko "wróciło do normy". Przyjaciele powiedzieli mi, że takie tragedie zdarzają się kilka razy do roku.
Z początkiem nowego tygodnia kilkoro uczniów przyniosło na nasze zajęcia rysunki zrobione w domu. Zapowiedziałem , że tematem będą one same. Niektórzy rysowali siebie w rodzinnym otoczeniu, inni przynieśli rysunki pokazujące jakieś konkretne sytuacje, jakie zapamiętali. Niestety, domowe prace nie zawsze wykonały dzieci, tylko ich starsze rodzeństwo lub rodzice. Jeden z rysunków był niezdarnie wygumowany a na nim długopisem postać narysowana przez kogoś starszego. Poprzez pomagającego mi Kelly'ego, wskazując na wygumowaną postać wyjaśniłem, że wolę ich oryginalne rysunki, które są lepsze i bardziej autentyczne niż rysunki rodziców. Kilkoro powtórzyło temat na zajęciach, inne rysowały kolejny temat, czyli swoich rodziców. W tym poście prace w temacie "Autoportret":
Żołnierze przyglądali mi się, kiedy mijałem zabudowania szkoły i szedłem dalej. Kilkanaście dni wcześniej w tej części Wameny doszło do tragedii: indonezyjski żołnierz potrącił śmiertelnie papuaskie dziecko. W akcie rozpaczy ojciec odnalazł winowajcę w okolicy koszar i zabił go nożem. Sam został zastrzelony na miejscu, ale na tym się nie skończyło: armia w zemście przez kilka kolejnych dni jeździła po okolicy, strzelając na oślep do ludzi i domów. Zginęły kolejne osoby, kilka zostało rannych. Ponadto spalono dom rodziny nieszczęśnika oraz kilkanaście innych papuaskich gospodarstw. Oglądałem zgliszcza... Indonezyjska policja zachowała neutralność w tym konflikcie, obawiając się jakiejkolwiek interwencji. Po kilku dniach wszystko "wróciło do normy". Przyjaciele powiedzieli mi, że takie tragedie zdarzają się kilka razy do roku.
Z początkiem nowego tygodnia kilkoro uczniów przyniosło na nasze zajęcia rysunki zrobione w domu. Zapowiedziałem , że tematem będą one same. Niektórzy rysowali siebie w rodzinnym otoczeniu, inni przynieśli rysunki pokazujące jakieś konkretne sytuacje, jakie zapamiętali. Niestety, domowe prace nie zawsze wykonały dzieci, tylko ich starsze rodzeństwo lub rodzice. Jeden z rysunków był niezdarnie wygumowany a na nim długopisem postać narysowana przez kogoś starszego. Poprzez pomagającego mi Kelly'ego, wskazując na wygumowaną postać wyjaśniłem, że wolę ich oryginalne rysunki, które są lepsze i bardziej autentyczne niż rysunki rodziców. Kilkoro powtórzyło temat na zajęciach, inne rysowały kolejny temat, czyli swoich rodziców. W tym poście prace w temacie "Autoportret":
sobota, 5 stycznia 2013
Warsztaty z dziećmi w Honelama - dzień 1
Warsztaty plastyczne z papuaskimi dziećmi przeprowadzałem w dwóch miejscach Doliny Baliem. Na początku, wraz z moim przyjacielem, Kellym, który był moim tłumaczem, odwiedziliśmy szkołę podstawową św. Jakuba w Honelama, na przedmieściach Wameny i przedstawiliśmy pomysł pracy z dziećmi dyrektorowi. Szkoła składała się z trzech prostych parterowych budynków skleconych z desek, pokrytych blaszanym dachem, bez żadnego oświetlenia wewnątrz. Nasza wizyta spowodowała duże zainteresowanie bosych, pociągajacych nosami dzieci, które podsłuchiwały rozmowę z dyrektorem. Wyganiane spod drzwi, po chwili znów wracały w jeszcze większej grupie. Zapowiadało się ciekawie i czułem, że dzieciaki mają w sobie wiele entuzjazmu.
Dwa dni później, już z materiałami plastycznymi, jakie przywiozłem z Polski (częściowo zaopatrzył mnie w nie mój przyjaciel - Andrzej Bobrowski, z którym pracuję w poznańskim Uniwersytecie Artystycznym) wróciliśmy, by pracować z uczniami IV klasy, dziećmi w wieku 9 - 11 lat.
Na rozgrzewkę zaproponowałem wolny temat. Dzieci rysowały na ogół otaczający je świat: górskie pejzaże, drogi, samoloty krążące nad Doliną itp.
Nazajutrz mieliśmy kontynuować pracę. Zapowiedziałem dzieciom, że zostaną poproszone o narysowanie siebie. Niektóre postanowiły pracować nad tym już w domu.
W dalszym etapie miały zwizualizować swoje rodziny; rodziców, żyjących w tradycyjnych chatach, w tradycyjnych strojach i zajmujących się codziennymi czynnościami. Na koniec chciałem je poprosić, żeby spróbowały wyobrazić sobie przyszłość własną, swoich rodzin oraz świat wokół.
piątek, 28 grudnia 2012
projekt na portalu Wspieram Kulturę
Rozpocząłem starania o wydanie publikacji podsumowującej warsztaty z papuaskimi dziećmi w Dolinie Baliem. Opis projektu zamieściłem na portalu Wspieram Kulturę. Zapraszam na stronę:
http://wspieramkulture.pl/projekt/33-PLYNNA-TOZSAMOSC
Jeżeli w ciągu 60 dni uda mi się zebrać sumę 9500 złotych od prywatnych darczyńców, opłacę psychologa, który napisze tekst o twórczości plastycznej dzieci na podstawie przywiezionych z Papui rysunków, tłumaczy tekstów na język angielski i indonezyjski, druk 500 egzemplarzy i przesłanie części katalogów do Papui.
Serdecznie zapraszam do włączenia się w to przedsięwzięcie! Za wsparcie - nagrody. Szczegóły pod podanym wyżej adresem.
Niebawem przybliżę efekty mojej pracy z dziećmi.
http://wspieramkulture.pl/projekt/33-PLYNNA-TOZSAMOSC
Jeżeli w ciągu 60 dni uda mi się zebrać sumę 9500 złotych od prywatnych darczyńców, opłacę psychologa, który napisze tekst o twórczości plastycznej dzieci na podstawie przywiezionych z Papui rysunków, tłumaczy tekstów na język angielski i indonezyjski, druk 500 egzemplarzy i przesłanie części katalogów do Papui.
Serdecznie zapraszam do włączenia się w to przedsięwzięcie! Za wsparcie - nagrody. Szczegóły pod podanym wyżej adresem.
Niebawem przybliżę efekty mojej pracy z dziećmi.
sobota, 22 grudnia 2012
Warsztaty z dziećmi w Dolinie Baliem - wprowadzenie
Wraz z tym wpisem rozpoczynam prezentację efektów warsztatów, które prowadziłem z dziećmi w dwóch miejscach w Dolinie Baliem. Jedno w szkole w okolicy Wameny, drugie w Pyramide. Nie mogłem zająć się tym wcześniej, ponieważ pracowałem nad katalogami i konferencją artystyczno - naukową w związku z zakończeniem projektu "preMedytacje".
Wszystkie rysunki dzieci oraz fotografie autorów mam skatalogowane i materiał ten będę chciał zamieścić w publikacji w trzech wersjach językowych: polskiej, angielskiej i indonezyjskiej. Spróbuję zainteresować tym tematem psychologów zajmujących się twórczością dzieci oraz antropologów kultury. Wysłałem materiały na portal wspieramkulture.pl poprzez który może uda mi się zdobyć środki finansowe. Czy materiał zostanie tam zamieszczony, dowiem się za kilka dni, po świętach.
W najbliższym czasie rozpocznę przesyłanie zdjęć poszczególnych prac i ich autorów. Na razie małe wprowadzenie fotograficzne.
Życzę wszystkim Wesołych Świąt i szczęścia w Nowym Roku!
środa, 5 września 2012
Pierwsze podsumowania po podróży do Papui.
Wróciłem z Papui, nieco ochłonąłem i niniejszym rozpoczynam swoją opowieść o tym miejscu i ludziach. Choć zwyczajowo prowadziłem dziennik w podróży, na blogu będę chciał przyjąć inną formułę. Każdy wpis dotyczyć będzie innego problemu.
Na początek sytuacja polityczna i społeczna tego miejsca: trochę informacji charakteru ogólnego jak i moje spostrzeżenia.
Podczas mojej bytności w Papui, 17 sierpnia Indonezja obchodziła 67 rocznicę niepodległości. Jeszcze przez pięć lat, do 1950 roku trwał tam chaos, bo niepodległość Indonezji obiecali Japończycy, zaś po przegranej wojnie układ sił się zmienił. Entuzjazm ludności był jednak tak wielki, że Holendrzy nie zdołali już utrzymać władzy na wyspach. Pozostali jednak jeszcze przez 12 lat w zachodniej części Nowej Gwinei. W 1962 roku pod naciskiem rządu Sukarno oraz ONZ w końcu oddali te ziemie Indonezji i Papuę Zachodnią nazwano Irianem Zachodnim (Irian Jaya Barat). ONZ wymusił na rządzie z Jakarty referendum, czy rdzenna ludność pragnie pozostać w granicach Indonezji, czy utworzyć niepodległe państwo, ale nigdy do nich nie doszło. W 1975 roku Indonezja zajęła kolejną wyspę w tym rejonie; dawną kolonię portugalską - Timor Wschodni, który 24 lata później doczekał się niepodległości. Papuasi takiego szczęścia nie mieli i do dziś są 26. prowincją indonezyjską.
Pierwszego dnia grudnia obchodzony jest Dzień Solidarności z Papuą. Tego dnia wojsko szczególnie skrupulatnie pilnuje „porządku” w Papui.
15 sierpnia byłem w Dolinie Baliem i obserwowałem maszerującą ulicami młodzież. Było to skrzyżowanie karnawału z obchodami pierwszomajowymi, jakie zapamiętałem. Uczniowie ubrani w barwne stroje, na ogół reprezentujące rejony, z jakich przyjechali, z transparentami i fotografiami jawajskich bohaterów oraz papuaskich zdrajców narodu szli dumnie przed trybuną honorową, w otoczeniu tłumów ludzi na chodnikach, wśród których niewielu było Papuasów.
W Dolinie Baliem mieszka bowiem mnóstwo osadników z Jawy, Sumatry, Kalimantanu, Timoru, którzy nęceni są wysokimi zarobkami. Początkowo nie mogłem zrozumieć, dlaczego tak wiele osób z innych, zatłoczonych wysp decyduje się na emigrację do Doliny, skoro niemal wszystko jest tam cztery razy droższe. Na przykład za półtoralitrową butelkę wody niegazowanej w Jakarcie płaciłem 5 000 rupii (około 1,75 zł), w Wamenie 20 000 (około 7 zł). Dokładnie tyle samo kosztuje litr benzyny! Dowiedziałem się, że ludzi kusi się zdrowszym klimatem górskim (to prawda, w Jakarcie było ciężko oddychać, zaś w Dolinie wspaniałe, rześkie powietrze…), ale przede wszystkim zarobkami. Stolarz z Jawy pracuje 2 godziny mniej niż u siebie a zarabia nawet sześciokrotnie więcej!
Spacerowałem ulicami i przyglądałem się wzajemnym stosunkom ludzi. Wobec mnie niemal wszyscy byli nastawieni bardzo pozytywnie: rano każdy pozdrawiał mnie z uśmiechem przeciągłym „pagiii”, zaś wieczorek „soreee”. Nie zauważałem żadnych animozji pomiędzy kędzierzawymi Papuasami (to przez ich włosy zostali tak nazwani w XVI wieku przez kolonizujących wtedy wyspę Portugalczyków. „Papuwah” po malajsku znaczy „kędzierzawy”) a skośnookimi emigrantami z zachodu.
Najwyraźniej nastąpił już podział ról w społeczeństwie: Jawajczycy (Papuasi wciąż między sobą nazywają ich „obcymi”) są na ogół bardziej przedsiębiorczy. Prowadzą sklepy oraz wszelkie usługi jak naprawa motocykli, przydrożne myjnie, prowizoryczne stacje benzynowe, pracują w urzędach i biurach. Jeżeli Papuasi handlują, robią to tylko na bazarach, przywożąc swoje warzywa i owoce z nieraz dość odległych osad. Transport także jest podzielony. Podobnie jak na Jawie czy Sumatrze, także w Papui popularny stał się „ojek” (czytaj „ojek” lub „oćek”): usługa przewozowa motocyklowa. Jawajczycy, na ogół w średnim wieku czekają na klientów przy drogach lub jeżdżą wolno, a widząc potencjalnego klienta pojedynczo pierdzą klaksonem.
Władze Wameny, stolicy Doliny Baliem zadbały o studentów papuaskich, którzy mogą dorobić sobie na „bećaku”, czyli rowerowej rykszy. Na ogół obsługuje to młody człowiek, ale widziałem też starszych, zawsze jednak Papuasów! Bećaki wypożycza się na cały dzień z jednego z kilku miejsc. To dość popularny pojazd i wykorzystywany czasem w nieprawdopodobny sposób. Na ławeczkę potrafi wcisnąć się sporo ludzi, czasem przywiązuje się do niego długie belki lub inne niezbyt poręczne obiekty, by w miarę tanio je przetransportować.
Wielu Jawajczyków współpracuje z miejscowymi. Dość popularnym pojazdem jest minibus, na ogół dość zdezelowany, który wozi ludzi pomiędzy odległymi osadami i wioskami. Kierowcą zawsze jest Indonezyjczyk, ale najczęściej jego pomocnikiem, czyli kasjerem – młody Papuas. Muszą mieć do siebie zaufanie…
Ci ludzie, żyjący obok siebie, zachowują własne tradycje. (Choć słyszałem, że zdarzają się już małżeństwa mieszane!) Wielu Papuasów zawierzyło misjonarzom i odeszło od swoich dawnych wierzeń. Jak mi mówili: „przyszedł do nich Jezus”. W niedzielne poranki spotyka się lepiej ubranych Kędzierzawych, z opasłymi śpiewnikami w ręce, w drodze do jednego z wielu kościołów. Mieszkałem w pobliżu takiego prowizorycznego, protestanckiego kościoła, gdzie od 9.00 do 12.00 rozlegały się śpiewy i pląsy przy akompaniamencie keyboarda.
O dusze walczą tu od ponad pół wieku katolicy, protestanci, adwentyści i inne jeszcze sekty. Z dość dobrym skutkiem, bo ci ludzie są dosyć ufni; na zgubę swojej własnej, niezwykłej tradycji… Indonezyjczycy są w ogromnej większości muzułmanami i o innych porach odwiedzają meczety. Także dość liczne. I tak jak we wszystkich muzułmańskich krajach, pięć razy dziennie rozlegają się nad Doliną śpiewy muezina. Kiedy pod koniec Ramadanu, który w tym roku przypadł 20 sierpnia dziesiątki jak nie setki młodych ludzi w ogromnym huku silników objeżdżało motocyklami ulice Wameny, Papuasi bez potrzeby nie wychodzili z domów. „To nie jest nasze święto”.
Wzajemne kontakty powodują jednak nowe przyzwyczajenia. Na przykład kulinarne. Neolityczna Dolina Baliem, jeszcze w latach 60. nie znała ryżu. Z powodu braku zwykłych metalowych garnków nie gotowano nawet wody! Podstawowym produktem spożywczym były słodkie bataty. Ze zwierząt hodowlanych znano tylko świnie. Teraz są tam kury i krowy. W restauracjach w centrum miasta Kędzierzawi zajadają się ryżem z pieczonym kurczakiem. Papuasi wracający z bazaru do swoich osad kupują smażone banany panierowane w cieście oraz inne szybkie dania. Kiedyś tego nie było. Na pierwszy rzut oka wydaje się, ze wszystko jest w porządku, ale kiedy rozmawiałem z Papuasami, nie do końca wierzą w dobre intencje swoich nowych sąsiadów.
Dwa tygodnie przed moim przyjazdem do Wameny, w pobliżu domu mojego przyjaciela, u którego mieszkałem, doszło do tragedii. Żołnierz na motorze potrącił śmiertelnie papuaskie dziecko. Zrozpaczony ojciec odnalazł winowajcę i zadał śmiertelny cios nożem. W odwecie rozwścieczone wojsko przez dwa dni jeździło ulicami po tej okolicy, strzelając non stop nie tylko na postrach: zginęły kolejne dwie osoby, wiele zostało rannych a przy okazji spalono ponad 20 chat wraz z całym dobytkiem. Oglądałem zgliszcza. Podobno takie najazdy armii zdarzają się kilka razy w roku, z różnych powodów.
Moi Papuascy przyjaciele, wykształceni młodzi ludzie, władający dobrze angielskim, głęboko wierzący, że „przyszedł do nich Jezus”, pytali mnie, czy według mnie Papua ma szansę na niepodległość. Dla wielu z nich idealnym byłoby połączenie się z Papuą Nową Gwineą i czasem spotykałem młodzież w t-shirtach w barwach sąsiedniego kraju. Odpowiadałem dyplomatycznie, że jest to logiczne, bo przecież wyspa stanowi geograficzną jedność. Papuasów i Jawajczyków nie łączą żadne pokrewieństwa, bo wyspa odłączyła się przed setkami tysięcy lat od Australii, więc bliżej im do Aborygenów. Obawiam się jednak, że Indonezja nie wypuści kury znoszącej złote jaja. Złote dosłownie: mam tu na myśli kopalnię Freeport w Timice.
--------------------------------------------------------------------------------------------
więcej zdjęć na moim profilu na stronie obiezyswiat.org
http://obiezyswiat.org/index.php?gallery=19894
--------------------------------------------------------------------------------------------
więcej zdjęć na moim profilu na stronie obiezyswiat.org
http://obiezyswiat.org/index.php?gallery=19894
Subskrybuj:
Posty (Atom)





































































