niedziela, 5 października 2014

W drodze do Haimy - Emiraty i Oman - dzień 3

Dzień 3



Wstałem znów z katarem. Ramesh i Ekaraj jeszcze spali, wcześnie Safi wyszedł już do pracy. Kupiłem w sklepie banany i chleb, w domu zrobiłem sobie śniadanie, zjadając resztę pasztetu, który pękł mi w plecaku, brudząc jedną z koszul. Zdążyłem ją wyprać i wyschła na balkonie. Byłem gotowy do drogi, kiedy obudzili się moi gospodarze. Ekaraj zaprowadził mnie na główną drogę, gdzie zatrzymałem w końcu taksówkę na dworzec autobusowy. Pożegnaliśmy się serdecznie. Próbowałem zrobić pożegnalne zdjęcie, ale różnica temperatur między jego klimatyzowanym pokojem a upalnym i wilgotnym powietrzem ulicy była tak duża, że obiektyw aparatu był długo jeszcze zaparowany. Zapowiedziałem się, że być może wracając z Omanu postaram odwiedzić go ponownie. Postanowiłem jeszcze objechać szybko południe Emiratów, zanim wjadę do Omanu. Znalazłem minibus jadący do Medinat Zayed, za bilet płacąc 25 dirahm. Autobus jechał tam lekkim łukiem omijając miejscowość Habshan, gdzie znajdowały się szyby naftowe. Jadąc szeroką autostradą, byłem na miejscu w samo południe, kiedy słońce niemiłosiernie prażyło. Owinąłem głowę biało – czerwoną chustą z kupioną przed dwoma laty w Jordanii i postanowiłem złapać stopa na południe w kierunku Liwy. W okolicy skrzyżowania znalazłem odpowiednie miejsce, gdzie mogłem chronić się pod liśćmi palmy a kiedy coś nadjeżdżało, robiąc kilka kroków znaleźć się przy drodze z podniesionym w górę kciukiem. W ciągu godziny zatrzymała się jedna kobieta w czerni pytając dobrym angielskim jak mi pomóc, oferując butelkę półlitrowej wody. Byłem zaopatrzony a ona nie wyjeżdżała poza miasto więc podziękowałem. 



W końcu, w drugiej godzinie czekania zatrzymał się pick-up. Nieogolony mężczyzna o dzikiej twarzy okazał się bardzo sympatyczny. Pochodził z Syrii jechał do pracy kilkanaście kilometrów przed Mezaira’a, czyli pierwszą zaznaczoną na mapie miejscowością w okręgu Liwa, gdzie droga rozwidlała się na wschód i zachód. Zostawił mnie na parkingu przy małym meczecie, przy którym była zimna woda w kranie i rozłożyste drzewo więc wszystko to, czego akurat potrzebowałem. Wokół była pustka, za ogrodzeniem rozciągały się wydmy wspaniale uformowane przez wiatr, na których rosły gdzieniegdzie małe kępki traw. Za meczetem znajdowały się dwie duże białe cysterny na wodę oraz barak na drzwiach którego ktoś długopisem napisał hinduskie nazwisko. Na parkingu stał stary autobus ale nie wyglądało, by mógł gdziekolwiek pojechać, bo koła podsypał piach więc zapewne był tam już od co najmniej kilku dni. 



Ruch był niewielki, przy pniu rozłożystego drzewa znalazłem stare krzesło, którego dziurawe nieco siedzenie ktoś zakrył liściem palmy. Wysunąłem je bliżej drogi ale wciąż znajdowało się w cieniu i wypatrywałem samochodu. Kiedy coś jechało, wychodziłem bliżej drogi i wracałem do cienia, bo przebywanie na słońcu strasznie męczyło. Zimną wodą spod meczetu zmoczyłem chustę, która owinięta wokół głowy dawała miłe orzeźwienie. Minął mnie kolejny samochód, który przystanął i wycofał. Prowadził go stary Pakistańczyk, słuchający z płyty CD gorączkowych wywodów mężczyzny mówiącego jak mi się zdawało  w urdu. Spośród potoku słów wyłapałem kilka, określających różne państwa Europy, Amerykę, Izrael i Australię. Mogłem wyobrazić sobie, że bardzo krytycznie wypowiadał się o Zachodzie. Zerkałem ukradkiem na kierowcę, który nie zwracał na mnie uwagi a jego surowa twarz nie wykazywała żadnych emocji. Wzmacniało to moje przekonanie, że głos z płyty nie brzmi przyjaźnie wobec „niewiernych”. Napięcie w samochodzie narastało i wyobrażałem sobie, że mężczyzna zobaczy we mnie śmiertelnego wroga swojej wiary i zaraz coś się stanie. Nic się nie stało. Zatrzymaliśmy się na parkingu w pobliżu okazałego komisariatu policji a dalej dostrzegłem skrzyżowanie.


 Tam droga prowadziła na północny zachód i południowy wschód. Ta pierwsza biegła do Ruwais nad Zatoką Perską, druga wzdłuż granicy z Arabią Saudyjską a potem w miejscowości Hemeem odbijała na północ, w stronę Abu Dhabi. Na niektórych mapach droga tam się kończyła, więc nie byłem całkiem pewien, czy nie przyjdzie mi wracać tą samą szeroką autostradą, którą przyjechałem. Upał mnie zmęczył i widząc dworzec autobusowy postanowiłem nie kontynuować już podróży autostopem. Zjadłem w małej knajpce prowadzonej przez znudzonych Hindusów kurczaka z ryżem i wsiadłem do autobusu gdzie nad kierowcą wyświetlała się raz po arabsku raz po angielsku nazwa miejscowości docelowej – Hemeem. Nie wiedziałem jeszcze gdzie wysiądę i kupiłem bilet do końca płacąc jedynie 5 dirahm. Po drodze rozglądałem się szukając odpowiedniego miejsca na rozbicie namiotu. Nie tak wyobrażałem sobie Liwę. Przewodnik opisywał miejscowości w gajach palmowych wśród pustynnych piasków. Były wydmy, palmy, ale miejscowości nie, choć po drodze pojawiały się nazwy kolejnych osad tak jak w przewodniku: Attab, An Nashash, Al Yarya a także jeszcze inne nie zaznaczone na mojej mapie i tam, na odludziach wysiadali pojedynczy pasażerowie, na ogół Pakistańczycy. 


Czasem w oddali dostrzegałem baraki, małe meczety, droga pięła się to znów opadała, nieraz dość stromo, wtedy poprzeczne linie na drodze nakazywały znacznie redukować prędkość. Do Hemeem dojechał wraz ze mną tylko jeden pasażer. Wysiadłem przy parterowym budynku, w którym znajdowały się dwie restauracje oraz pomiędzy nimi sklep. Szyld nad jedną z restauracji obwieszczał nazwę: „Deadline”, co właściwie oddawało atmosferę tam panującą. Obok mały meczet, za nim posadzone w równych odstępach palmy daktylowe a w oddali wydmy. Wypiłem tam herbatę a w sklepie kupiłem półtoralitrową butelkę wody i zimną puszkę coli, którą wypiłem duszkiem. Interes w całym budynku prowadzili Pakistańczycy i oni też stanowili nieliczną klientelę. Raz podjechał duży pick-up i siedzący w nim Arab zatrąbił co oznaczało, że należy przynieść mu ćaj do klimatyzowanego samochodu, którego nie miał zamiar opuszczać.




Pozwolono mi zostawić plecak w „Deadline” i poszedłem się rozejrzeć. Pot lał się z mojej twarzy. Idąc piaszczystą ścieżką wzdłuż gaju palmowego w stronę wydm, minąłem zdezelowany traktor owinięty kolorowymi szmatami. Do drzew doprowadzono węże, którymi nawadniano je a kiście daktyli jeszcze na palmie owinięte były w siatki, by nie spadały na piasek. Doszedłem do małego, opuszczonego osiedla kilku baraków, gdzie musieli mieszkać pracujący na plantacji. Pomieszczenia były puste, podłogi pokryte warstwą pyłu. Odkręciłem kran i usłyszałem tylko bulgotanie. Gdyby była tam woda, jakoś bym się tam na noc zainstalował.
Planując podróż do Liwa, czytając o tym miejscu w przewodniku wyobrażałem sobie, że tak jak w Jordanii, poznam jakąś arabską rodzinę, która pozwoli mi rozbić swój namiot na swoim terenie. Plantacje może i należały do Arabów, ale oni tu nie mieszkali. W ogóle spotykałem niewielu rodowitych Arabów. Ze statystyk wynikało, że obecnie stanowili oni już tylko kilkanaście procent całej społeczności żyjącej w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, resztą byli przedstawiciele ponad 60 biednych krajów z różnych stron świata, najwięcej z Indii, Pakistanu i Filipin, którzy przyjechali tu zarobić na lepsze życie w swoich ojczyznach.
Starając się iść w cieniu, czasem zza drzew i ogrodzeń słyszałem dźwięki pracy i pojedyncze głosy ludzi. Plantacja się skończyła i zobaczyłem przed sobą wydmy pustyni Ar-Rab al-Chali oddzielone kolczastym drutem. Wróciłem pod restaurację. Po drugiej stronie ulicy, w oddali dostrzegłem białe zabudowania oraz wieże minaretu, ale byłem zbyt zmęczony, żeby tam szukać odpowiedniego miejsca na nocleg. Wolałem pustkowie. Siedząc w restauracji, jeden z kelnerów oferował pomoc w znalezieniu jakiegoś noclegu. Mieliśmy poczekać tylko na jego brata. Dwaj weseli starsi Pakistańczycy, którzy byli przejazdem wdali się ze mną w rozmowę, która chyba była zabawna, ale mówili w takim angielskim slangu, że niewiele rozumiałem o co im chodzi. Zapłacili za kolejną moją herbatę i odjechali.
Postanowiłem nie czekać tylko pójść już z plecakiem w kierunku wydm, ale inną drogą. Kawałek szedłem wzdłuż jezdni i skręciłem w prawo. Przechodziłem przez zasieki z drutu kolczastego i suchych gałęzi palmowych, co miało chronić plantacje przed piaskiem i w końcu znalazłem odpowiednie miejsce na rozbicie namiotu. Było kilka metrów od ścieżki, teren równy, piaszczysty, otoczony palmami, z drugiej strony znajdowało się ogrodzenie. 



Czekałem aż zajdzie słońce żeby być pewien, że nikt mnie nie przegoni. Wokół znajdowały się na ziemi siatki i białe worki pełne zebranych już daktyli. Poczęstowałem się garścią, spłukując z nich piasek. Wszędzie zauważałem świeże ślady ludzkich stóp. Dużych, pakistańskich. Mogłem się spodziewać, że wcześnie rano pojawią się tu pracujący ludzie. Za ścieżką, w odległości około 10 metrów od mojego namiotu znajdowało się przeorane poletko z doprowadzoną czarnymi szlauchami wodą. Za nim jeszcze ściana palm a dalej już czerwonawe wydmy, zmysłowe w swoich kształtach. Rozpoznając najbliższy teren znalazłem też betonowy basen wysoki na 2,5 metra, średnicy ponad 20 metrów kwadratowych, do którego prowadziły schodki. Był po sam brzeg wypełniony wodą. To z niego nawadniano palmy. Miałem ochotę rozebrać się  i wskoczyć do środka, ale nie byłem pewien, czy do wody nie dodano jakichś roślinnych środków chemicznych. Mimo to nie byłem w stanie powstrzymać się od przemycia rąk i twarzy.

Po zachodzie słońca rozłożyłem namiot i przygotowałem spanie. Pomimo zmroku wciąż było gorąco. Podwinąłem boki tropiku i otwarłem oba wejścia do namiotu. Trochę wiało, ale dawało to tylko chwilowy miły owiew. Leżałem w samych slipach na materacu przykrytym rozpiętym śpiworem, który mocno zagrzał się na gorącym piasku. Trudno było zasnąć. Wokół nawoływały się ptaki które ucichły, gdy zrobiło się całkiem ciemno. Wiatr też ustał. Około 20.00 w oddali rozległ się głos muezina. Leżałem, obserwując gwiazdy. Czasem przelatywał samolot, migocząc światłami. Przejechał też wolno samochód. Mimo upału udało mi się zasnąć. 
Śniłem niesamowite historie, także z przeszłości, jak to zazwyczaj bywa w podróżach.

sobota, 4 października 2014

W drodze do Haimy - Emiraty i Oman - dzień 2

Dzień 2
Silna klimatyzacja była powodem mocnego kataru i kichania. Spałem w koszuli z długim rękawem pod pierzyną, zakrywając się cały przed zimnem. Wstaliśmy o 8.00, Ekaraj kupił jajka, warzywa, chleb i zrobiliśmy jajecznicę. Kuchnia oraz dwie łazienki była wspólna dla mieszkańców trzech pokoi, jakie znajdowały się na tym piętrze. Jeden zajmował Hindus ze swoją filipińską żoną. Nie spotkałem ich, tylko niepostrzeżenie mijaliśmy się na korytarzu, pomiędzy kuchnią, łazienką a drzwiami wejściowymi. Zjechaliśmy windą na dół, na jednej z ulic odnajdując się z Ganeshem i doszliśmy pieszo na odległy przystanek kompletnie spoceni. Chowaliśmy się w cieniu tablicy informacyjnej. 



Po kilkunastu minutach przyjechał czysty i klimatyzowany autobus, którym jechaliśmy pół godziny, dojeżdżając do Water World, gdzie spędziliśmy kilka godzin na zjeżdżalniach i innych zwariowanych atrakcjach, ciesząc się jak dzieci chłodną wodą i szaleńczymi zjazdami. Miejsce to stylizowane było na animowany świat rodem z Flinstonów, wiele miejsc zakrywały płachty, rozciągnięte między betonowymi słupami zgrabnie imitującymi drewniane bale. Kiedy trzeba było przejść suchą stopą przez nie zacienione miejsce, beton parzył niemiłosiernie przypominając o piekle, jakie panowało na zewnątrz, gdzie nie było zamontowanych w wielu miejscach zraszaczy powietrza. Obsługę wodnego świata stanowili głównie Nepalczycy oraz młode Rosjanki. Spotkaliśmy tam Ramesha, będącego szefem rozsianych w kilku miejscach małych kiosków barowych, w których pracowali Azjaci.

 

 



Po 16.00 podjechaliśmy autobusem pod wejście główne do Ferrari World, gdzie Ekaraj znał większość młodych pracowników i witał się co chwila zamieniając kilka słów. Nie wiem, ile zapłacił za te rozrywki kupując bilet dla mnie i Ganesha i nie chciał się przyznać. Jako pracownik Ferrari World mógł wejść do tych miejsc za darmo, zabierając ze sobą dwie osoby towarzyszące ze znaczną zniżką: normalna cena za obie atrakcje wynosiła ponad 340 dirahm. Było mi głupio, że płacił za mnie. Przyjechał z biednego Nepalu, by zarobić na dom, który chciał zbudować. Byłem jednak jego gościem i uważał, że nietaktem byłoby, gdybym sam płacił za cokolwiek.
Ferrari World było wielkim, ekskluzywnym miejscem reklamującym włoską firmę, łączącym formę muzeum z eksponatami starych samochodów z rozrywką w najbardziej nowoczesnym wydaniu. Całość znajdowała się pod olbrzymim finezyjnym dachem o obłym kształcie, z wewnętrzną, skomplikowaną konstrukcją metalową, wyrastającym z leja znajdującego się w środku. Robiło to wrażenie jakiejś stacji kosmicznej z filmu Gwiezdne Wojny. Wszystko było profesjonalnie zorganizowane. Największa kolejka ustawiała się do mknącego ponad 200 km/h rollercoastera, podobno największego na świecie. Jazda była rzeczywiście ekscytująca.


 Wróciliśmy do domu po 21.00. Rozrywkowy dzień był mi potrzebny przed dalszą podróżą, która zapowiadała się dość ciężko przede wszystkim z powodu upału. Podobno najgorzej w tym rejonie świata bywa w czerwcu, ale wrzesień również należy do dość uciążliwych miesięcy. Będąc w Emiratach, postanowiłem udać się choć na jeden dzień na południe, zobaczyć pustynne oazy opisywane w przewodniku. Planowałem rozbić tam gdzieś namiot nie mając kompletnie pojęcia, co mnie czeka.

W drodze do Haimy - Emiraty i Oman - dzień 1


Dzień 1
Autobus z dworca Praga Główna na lotnisko im. Vaclava Hala jechał pół godziny. Byłem tam przed 9.00, i do 14.15 łazikowałem, drzemałem, zjadłem shoarmę za 119 koron, wypiłem kawę, zrobiłem małe zakupy w lotniskowym supermarkecie Billa.
Kiedy o 19.00 czasu lokalnego wylądowaliśmy w Istambule, już zmierzchało. Słońce schowało się za jedno ze wzgórz otaczających miasto. Przy odprawie, zarówno w Pradze jak i Istambule przeglądając paszport pytano mnie o wizę do Emiratów.
- Od tego roku obywatele Polski nie potrzebują wizy – odpowiadałem z pewną miną i lekkim uśmiechem mającym sugerować swobodę, ale gdzieś tam pojawiał się niepokój, że coś pójdzie nie tak. Sprawdzano to jeszcze telefonicznie i okazywało się, że wszystko w porządku.
Odczuwałem zmęczenie nocną podróżą pociągiem z Katowic do stolicy Czech, dodatkowo czekała mnie jeszcze kolejna noc na siedząco…
W poczekalni mieszanka ludzi z różnych miejsc świata. Odczuwałem mocno to chwilowe spotkanie z tymi, których już nigdy nie zobaczę, bo porozjeżdżają się po całym globie.
Samolot wyleciał z prawie godzinnym opóźnieniem i z tego powodu panowała w nim bardzo nerwowa atmosfera. Pobieżnym instrukcjom stewardes, przedstawiających słowa kapitana jak należy zachować się w przypadku niespodziewanych awarii towarzyszył płacz zmęczonych dzieci. W końcu po starcie i wyrównaniu lotu zrobiło się spokojniej. Tanie, tureckie linie Pegasus nie częstowały pasażerów nawet szklanką wody czy cukierkiem. Po jakimś czasie zajmujący obok mnie miejsce chłopak przesiadł się do swojego kolegi i mogłem rozłożyć się na trzech fotelach.
Kiedy już podchodziliśmy do lądowania, jakiś biały mężczyzna zaczął awanturować się próbując wejść do toalety, podczas gdy stewardesa kazała wracać na swoje miejsce i zapiąć pas. Był pijany. Faceta widziałem już w poczekalni, gdzie swoim głośnym zachowaniem zwracał uwagę wielu pasażerów.
Na lotnisku w Dubaju ustawiały się długie kolejki do dwudziestu okienek odprawy paszportowej, w których obsługiwali Arabowie w białych strojach zwanych diszdaszami sięgających kostek i sheylach – białych chustach na głowach, które przytrzymywały plecione czarne sznury, zwane eqal, na ogół ze skrupulatnie przystrzyżonymi, krótkimi brodami, albo młode kobiety w czarnych strojach, z przesadnie pomalowanymi oczami. Ogromną większość stojących w kolejce stanowili ci, którzy przyjechali tu do pracy z krajów Trzeciego Świata, często z miejsc ubogich, ogarniętych wojnami i przeróżnymi konfliktami, o których Europejczycy często nie mają nawet pojęcia. Zbliżali się wolno do drzwi raju, do okienka ze „świętym Piotrem”, który sprawdzał, czy spełniają odpowiednie warunki, by przepuścić ich dalej. Mnie odprawiono szybko; nawet nie skanowano mi źrenic – jak innym białym. Wbito dwa stemple pozwalające na 30-dniowy pobyt w Emiratach i przeszedłem dalej, gdzie odebrałem swój plecak. Wypłaciłem 500 dirahm, co było równowartością około 450 złotych. Przy wyjściu czekało wielu Pakistańczyków w tradycyjnych strojach, wypatrując swoich znajomych przylatujących z biednego do bogatego świata. Siedziałem do 5.00 obserwując ludzi wychodzących do miasta. Kiedy opuściłem klimatyzowane wnętrze, uderzyła mnie fala gorącego, wilgotnego powietrza, choć było jeszcze ciemno. Nie zapowiadało to łatwej podróży… Po przejrzeniu przewodnika postanowiłem pozostać w emiratach maksymalnie trzy, cztery dni i ruszyć do Omanu. Głównym moim celem było pustynne centrum tego kraju z osadą Haima.
Kilku taksówkarzy dyskretnie oferowało swoje usługi, ale wybrałem podróż do centrum shuttle busem, który za 15 dirahm zawiózł mnie na dworzec autobusowy.
Obserwowałem przez szybę ciemne ulice Dubaju, gdzie świeciły tylko szyldy hoteli i restauracji, reszta budynków była ledwo dostrzegalna poprzez kontrast ciemnych konturów i powoli jaśniejącego nieba. Autobus był zbyt mocno klimatyzowany i jechało nim tylko kilka osób. Za stacją Sabkha Bus Stadion zostałem tylko ja oraz młoda nastoletnia arabska para. Dziewczyna pstrykała kolejne sweet foty ze swoim wybranym; on nie chciał i przez jakiś czas droczyli się ze sobą.
Postanowiłem od razu jechać dalej, do Abu Dhabi, gdzie czekał na mnie Ekaraj, Dubaj zostawiając sobie do zwiedzenia przed wylotem do domu. Znalazłem odpowiedni autobus, ale okazało się, że aby do niego wsiąść nie wystarczy zapłacić za bilet. W małej budce musiałem kupić szarą kartę magnetyczną przypominającą bankomatowi, która wraz z doładowaniem do kwoty 35 dirahm mogła być używana w różnych środkach transportu w tym mieście, także w metrze.




Mknęliśmy szybko szeroką autostradą. Minęliśmy dzielnicę z olbrzymimi wieżowcami, także z tym najwyższym na świecie. W lekkiej mgle wyglądało to nieziemsko, jak makieta filmu science fiction. Jechało niewiele osób. Starszy wiekiem Hindus widząc, że nie mogę dodzwonić się do Ekaraja ze swojej komórki, zaoferował pomoc. Kontaktowałem się przez jego telefon z moim nepalskim przyjacielem, który czwarty rok mieszkał i pracował w Abu Dhabi. Ekaraja znałem z Kathmandu już 12 lat i przez ten cały czas byliśmy w kontakcie. Odwiedziłem go kilkakrotnie w Nepalu, także wędrując do himalajskiej wioski, z której pochodził a on jak większość młodych mężczyzn w tym biednym kraju marzył o wyjeździe na Bliski Wschód by zarobić dla rodziny na lepsze życie. Zostawił żonę i dwójkę małych dzieci, co było dość częstą praktyką. Żony po wyjeździe mężczyzn nie pozostawały same; mając całą armię sióstr, braci, kuzynów, ciotek itd. miały zapewnioną pomoc. Ekaraj był akurat w pracy, w Ferrari World oddalonym 20 kilometrów od centrum Abu Dhabi i nie mógł po mnie wyjść. Mieliśmy się spotkać wieczorem.
Autobus wjechał na teren pomalowanego na zielono dworca autobusowego. Szukałem miejsca, gdzie mógłbym zostawić swój ciężki plecak, ale w hali dworca nie było takiej możliwości. Nie miałem wyjścia i ruszyłem do miasta z tobołem, a pot momentalnie zaczął lać się ze mnie strugami. 


Szedłem wzdłuż drogi z wysokimi budynkami, dającymi cień, w końcu wszedłęm do C House Lounge Café z filipińską młodą obsługą. Aby naładować telefon i skorzystać z wifi musiałem coś zamówić. Podano mi śniadanie za 39 dirahm a wraz z nim hasło do połączenia z internetem. Przez facebooka skontaktowałem się znów z Ekarajem informując gdzie jestem. Obiecał zorganizować kogoś, kto miał mnie odebrać, bym nie musiał do wieczora włóczyć się po ulicach z plecakiem przy temperaturze przekraczającej 45 stopni.
Pracujący w knajpce Filipińczycy byli bardzo mili i pomocni. Zaprzyjaźniłem się z nimi na tyle, że dzwoniłem z restauracyjnego telefonu do Ekaraja a on oddzwaniał do mnie na ten sam numer. Arabowie, którzy weszli do środka zamawiając jedynie kawę, ignorowali kelnerkę i chłopaka za kontuarem, nie odpowiadając nawet na ich uprzejme „good morning”.
Czekałem przy stoliku ekskluzywnej knajpki, ciesząc się, że nie muszę siedzieć na schodach na zewnątrz, gdzie temperatura musiała już przekraczać 40 stopni w cieniu, ale z powodu wilgotnego powietrza było to szczególnie męczące. Po kilkudziesięciu minutach ponownie zadzwonił Ekaraj. Jego kumpel, którego podobno znałem z restauracji Bhojan Griha w Kathmandu, gdzie pracowali razem, czekał na mnie na dworcu. Miałem go poznać po białej bejsbolówce. Zapłaciłem za śniadanie, zarzuciłem plecak i wróciłem do zielonych zabudowań. Po jakimś czasie się odnaleźliśmy. Nie za bardzo go pamiętałem, on mnie chyba też. Chłopak miał na imię Ganesh i był dość nieśmiały. Chciał ponieść mój plecak, ale się nie zgodziłem. Zabrał więc moją torbę z aparatem i kamerą. Wsiedliśmy do taksówki, której kierowca okazał się także Nepalczykiem, dodatkowo pochodzącym z tego samego regionu co on. Przejechaliśmy około 3 kilometry i zatrzymaliśmy się przy 13 – piętrowym budynku w kolorze kawy. Zapłacił za kurs 10 dirahm, nie przyjmując ode mnie pieniędzy. 


Weszliśmy do ciemnej klatki schodowej i wąską windą w towarzystwie kilku Pakistańczyków wjechaliśmy na 11 piętro. Ganesh powiedział, że cały budynek zajmują pracownicy z różnych krajów świata. Żyli obok siebie Pakistańczycy, Hindusi, Nepalczycy, Filipińczycy, Wietnamczycy, także mężczyźni z Afryki. To oni budowali ten raj… Na każdym piętrze znajdowało się kilka wieloosobowych pokoi, łazienka i kuchnia. Zdjęliśmy sandały i weszliśmy do chłodnego od mocnej klimatyzacji pokoju o wielkości około 16 metrów kwadratowych, gdzie przy ścianach ustawiono cztery piętrowe łóżka. Cały ośmioosobowy skład mieszkańców stanowili Nepalczycy z różnych rejonów kraju, pracujący w różnych miejscach i o różnych porach. Niektórzy spali, leżeli z laptopem lub komórką, prasowali swoje wyprane świeżo koszule firmowe przed wyjściem do pracy. Wszyscy byli spokojni, zgaszeni, jak gdyby bardzo silna była w nich świadomość, że nie są u siebie i przy byle pretekście mogą być wyrzuceni z „raju”.


Ganesh wskazał na jedno z dolnych łóżek, należące do niego, które mogłem zająć i sam usiadł na innym obok swojego kolegi. Było posprzątane, chyba specjalnie dla mnie. Czułem zmęczenie i natychmiast skorzystałem z propozycji odpoczynku. Głupio mi było od razu się położyć, więc zająłem pozycję półleżącą. Na środku pokoju rozłożono gazetę a na niej kilka garnków z dalem i ryżem oraz miski. Przy jednym z łóżek stała mała szafka z przyborami do mycia zębów. Były też walizki a na ramach łóżek, na plastikowych wieszakach ubrania. Okno i drzwi na balkon zaklejone czarną folią chroniącą przed słońcem, na balkonie zaś pranie rozłożone na drutach. Z góry rozlegał się szeroki widok na powstające wokół wieżowce. 

 

Wszyscy lokatorzy pokoju byli dla mnie bardzo uprzejmi, ale nieco spięci. Nałożono do misek jedzenie i częstowano mnie, lecz nie czułem głodu. Poczęstowałem ich pestkami dyni, które przywiozłem jeszcze z Polski. Spróbowali i związali woreczek z powrotem, kładąc z uśmiechem na łóżku obok mnie.
Ciekawiło mnie życie ludzi w tym molochu i ku zdziwieniu Nepalczyków oznajmiłem, że chcę obejrzeć inne piętra. Okazało się, że właściwie nie ma co oglądać; przed każdym z pokoi leżały klapki, czasem ktoś gdzieś dzwonił z komórki, w kuchni gotowano, w łazience zalanej wodą wyjmowano rzeczy z pralki. Wszystkie sprzęty znajdujące się w tym budynku zdawały się bardzo praktyczne. W jednym z pomieszczeń działał prowizoryczny fryzjer, do którego czekało kilku młodych mężczyzn. Moja obecność z aparatem i kamerą wzbudzała zdziwienie, ale czułem się bezpieczny. Kiedy chciałem skorzystać z toalety, stojący w kolejce mężczyźni przepuścili mnie uprzejmie. Cały budynek stwarzał generalnie dość przygnębiające wrażenie. Jak kiedyś mówił mi Ekaraj, kontrakt dla przyjezdnych tutaj z biedniejszych krajów podpisywano początkowo na dwa lata i dopiero po roku można było odwiedzić swoją rodzinę. 


Nepalczycy mieszkający w jednym pokoju byli stosunkowo krótko w Abu Dhabi, nikt dłużej niż rok. Ganesh wybierał się do pracy na 13.00 i kiedy wyszedł, swobodniej położyłem się na jego łóżku i na chwilę zasnąłem. Po 15.00 postanowiłem obejrzeć okolicę. Wieżowce znajdujące się wokół były niższe niż te widziane w Dubaju, ale i tak robiły duże wrażenie. Wilgoć i upał były znośne w cieniu budynków, ale i tak momentalnie przesiąkała mi koszulka potem a z głowy do oczu spływał pot, który co chwila ścierałem małym ręcznikiem. Na ulicach ruch był nikły. Zamówiłem herbatę z mlekiem w małej hinduskiej knajpce, gdzie z kuchni sączyła się cicha indyjska muzyka. Jedynym klientem był stary Arab nie zwracający na mnie uwagi. 

 

Kilka meczetów w okolicy wpisane było w rytmy okien wieżowców. Kiedy muezin wzywał do modlitwy, na ulicach pokazało się kilku Pakistańczyków. Wyglądało na to, że stanowili oni największą ilość przyjezdnych tu do pracy. Jednego z nich spotkałem wcześniej w ładnym parku z fontannami i palmami, fotografującego otoczenie.

 

 
 
 

Wróciłem do budynku, czekając w dużej grupie mężczyzn na przyjazd jednej z trzech wind. Pomiędzy nimi zamontowano wentylator i stojący próbowali tak stać, by złapać na siebie jego podmuch. Mało kto ze sobą rozmawiał, żadnych żartów, ludzie jak roboty. Zastanawiałem się, jak stłoczeni w budynku mężczyźni, reprezentujący różne kultury i religie żyją w zgodzie. Ganesh mówił, że nie słyszał o jakichkolwiek konfliktach pomiędzy robotnikami. Pomyślałem, że dzieje się tak dlatego, bo nie było wśród nich Europejczyków…

W końcu około 21.00 pojawił się Ekaraj. Przepraszał za spóźnienie, ale musiał zostać dłużej w pracy. Pożegnałem się z Nepalczykami i zjechaliśmy na dół, gdzie złapaliśmy taksówkę. Ekaraj także mieszkał w wysokim budynku, zajmowanym gównie przez pracowników z zewnątrz, ale jego mieszkanie prezentowało już o wiele wyższy komfort. W pokoju o podobnych gabarytach znajdowały się 2 łóżka i jeden materac na którym leżał Safi: pół Nepalczyk, muzułmanin, pracujący już tak jak Ekaraj kilka lat w Abu Dhabi. W pokoju było miejsce na dwie szafy, stolik, zasłony w oknie z balkonem i drobiazgi ozdabiające całość. Wypiliśmy z Ekarajem pół butelki wódki, którą przywiozłem mu z Polski i siedzieliśmy jeszcze do nocy rozmawiając. Safi jako przykładny muzułmanin nie pił. Było mi głupio, kiedy przechylałem kolejną szklaneczkę podczas gdy on oddawał pokłony Allahowi w porze modłów. On nie miał z tym problemu. Pierwotnie chciałem spać na dywanie, na swoim nadmuchiwanym materacu, ale Ekaraj nalegał, bym zajął jego łóżko a sam położył się na szerszym swojego kumpla, Ramesha, także Nepalczyka, który wrócił z pracy w nocy. Był to wysoki, szczupły i  inteligentny młody facet, pracujący w Water World, znajdującym się tak jak Ferrari World, na wyspie Yas. Biorąc prysznic zauważyłem pięć czerwonych plam na lewym ramieniu. Prawdopodobnie pogryzły mnie pluskwy na łóżku Ganesha… 
Zasypiając w zimnym od nadmiernej klimatyzacji pokoju myślałem już o dalszej drodze. Ekaraj namówił mnie, bym pozostał jeszcze co najmniej jeden dzień w Abu Dhabi i odwiedził z nim Ferrari World. Nazajutrz była sobota i miał wolne, więc był to dobry czas na rozrywkę. Myślałem już o pustyni, o tajemniczym plemieniu Harasis, żyjącym w centralnym Omanie, gdzie panują bardzo trudne, pustynne warunki, ale zgodziłem się przełożyć wyjazd ze stolicy Emiratów na niedzielę.

piątek, 18 lipca 2014

Kierunek Oman

Po dłuższym czasie wracam do swojego blogu. Zainteresowałem się plemieniem Harasiis żyjącym w trudnym, pustynnym rejonie centralnego Omanu. Oto kilka informacji, jakie znalazłem na ich temat w internecie: 

Pierwsze grupy osadników w Omanie zaczęły osiedlać się wzdłuż zachodniej strony Jebel Akhdar. Te migracje prawdopodobnie trwały przez około 5 wieków do wczesnych czasów islamskich. Większość innych grup z terenu Emiratów przybyła do Omanu od północy, co zbiegło się z okresem panowania perskiego. Wraz z rosnącym wpływem islamu, usunięto władców perskich i władzę przejęli Arabowie.
Plemienna struktura Omanu przeszła głębokie zmiany na przestrzeni wieków. Wiele koczowniczych plemion przemieszczało się i osiedlało. Inne grupy, dostosowując się do zmieniającego rytmu historii ustanawiały osady szeroko rozproszone po regionie, specjalizując się w rolnictwie, rybołówstwie i pasterstwie.
Plemię Harasiis jest pierwotnym plemieniem Dhofari i nadal mówi południowo arabskim językiem związanym z Mahra. Lud Harasiis nie jest zbyt liczny w porównaniu z innymi pięcioma głównymi plemionami nomadów Omanu; liczy około 5000 osób. Zajmują oni bezwodny żwirowy teren oraz kamienną pustynię na płaskowyżu znanym jako Jiddat il-Harasiis. Region ten, który oddziela południowy Oman - Dhofar - północne góry i wybrzeże Omanu, jest szczególnie nieprzyjazny i trudny do przejścia, a co dopiero do przetrwania.
Plemię Harasiis zostało tam zepchnięte przez silniejsze grupy pasterskie, poruszające się na północ od Hadramaut w Jemenie. Żadne inne plemię nie próbowało przenieść się do surowego Jiddat, który był do niedawna jednym z najbardziej opustoszałych krajobrazów, z niewielką lub żadną sezonową roślinnością trawiastą, całkowicie nienadające się do zamieszkania podczas upalnych letnich miesięcy. W przeszłości dostęp do wody dla Harasiis był bardzo ograniczony. Plemienna tradycja głosi, że nigdy nie pili oni wody, zdani niemal wyłącznie na konsumpcję wielbłądziego i koziego mleka ze swoich stad.


W pierwszej połowie września udaję się do Dubaju a stamtąd do Omanu, z nadzieją dotarcia do centrum tego kraju, by bliżej poznać tych ludzi i przyjrzeć się ich życiu.

środa, 6 lutego 2013

Praca z dziećmi ze szkoły św. Jakuba - krótkie podsumowanie

Warsztaty w Honelama były czasem pracy z dziećmi, kiedy to oprócz działań plastycznych mogłem przyjrzeć się bliżej ich sytuacji, warunkom, w jakich pracowały. Wspominałem wcześniej, że uczyły się w klasach znajdujących się w trzech budynkach ustawionych w literę "U".

Były to zbite z desek baraki kryte metalowym dachem, bez żadnego oświetlenia wewnątrz. Deski stanowiące ściany budynków były koślawe a szpary między nimi czasem kilkucentymetrowe. Takie też ściany oddzielały poszczególne klasy, przez co trudno było chyba skupić się na lekcji, jeżeli obok na przykład trwały zajęcia ze śpiewu...
Podłogę stanowiła betonowa wylewka. Wszystkie niemal dzieci przychodziły do szkoły boso, więc przy dość wilgotnym klimacie Dolina Baliem i chłodnych nocach, zwisały im z nosów długie gluty, znikające na moment po jednym pociagnięciu nosa. Ten widok przypominał mi wciąż zasmarkanych kilkuletnich Tybetańczyków. Toaletę stanowił obskurny wychodek za jednym z budynków. W całej Wamenie nie było bieżącej wody, ale podczas mojego tam pobytu wzdłuż kilku głównych dróg papuascy robotnicy kopali rowy, którymi miała w przyszłości płynąć woda. Mieszkańcy Doliny Baliem zaopatrywali się w wielkie, pomarańczowe, plastikowe cysterny na deszczówkę. Niemal każdej nocy obficie padało, więc były one na ogół pełne. W szkole św. Jakuba nie było jednak takiej cysterny; stało tylko wiadro z wodą oraz plastikowy nabierak. Większość dzieci przychodziła do szkoły w niebieskich mundurkach, ale nie wszystkie i wyglądało na to, że za brak takowego ubrania nie spotykała ich żadna sankcja. Atmosfera była dość swobodna, dzieci wydawały się zainteresowane nauką. Rozmawiałem z jedną z nauczycielek. Opowiedziała mi, że dzieci osadników przybywających z innych wysp, często po kilku już klasach przewyższały wiedzą swoich papuaskich rówieśników, ale te okazywały się bardzo ambitne i pojętne; szybko doganiały w nauce swoich kolegów. W szkole św. Jakuba widziałem tylko papuaskie dzieci, ale  z pewnością ta sytuacja się z czasem zmieni. Interesowała mnie świadomość społeczna i polityczna małych Papuasów. Obawiałem się pytać o to dyrektora szkoły, który pozwolił mi na pracę ze swoją klasą. Jeżeli awansował tak wysoko, być może "kolaborował" z władzami z Dżakarty. Jednak wiszące w klasie, oplute i nadniszczone portrety dwóch papuaskich zdrajców, którzy w zamian za honory zostali awansowani przez władze indonezyjskie, mogły świadczyć, że dyrektor nie "flirtował" z władzą...



W niektórych rysunkach dzieci "przemycały" niepodległościowe wątki w postaci zabronionych tutaj papuaskich flag. Inne na masztach "zawieszały" czerwono-białe. Robiły to może na wszelki wypadek, ostrzeżone przez rodziców, bo przecież nie do końca wiedziano, kim jestem, albo po prostu nie interesowały się polityką. W Dolinie Baliem to bardziej kościoły niż politycy zabiegali o dusze tubylców. Od lat 50. najeżdżali te tereny misjonarze z Europy, głównie Holandii oraz z USA. Papuasi w większości  okazywali się bardzo "plastycznym materiałem" i szybko przejmowali idee miłościwego Jezusa. Kościołów tam jest sporo a w niedzielne poranki normalnym widokiem są elegencko, po "zachodniemu" ubrani rdzenni mieszkańcy wyspy, z bibliami i śpiewnikami pod ręką, podążający do swoich kościołów. Ani katolicy ani protestanci nie są w Wamenie większością. Wydaje się, że najbardziej popularni są adwentyści. Swoje świątynie buduje wiele chrześcijańskich odłamów. Czytałem kiedyś, że pewna papuaska wioska została tak skutecznie "nawrócona", iż jej mieszkańcy wymyślili sobie niezwykłą teorię. Oto Biblia została przez białych z Zachodu zmanipulowana. Wyrwano z niej kilka stron świadczących o tym że Chrystus był... Papuasem! Jako że proporcje populacji między rdzenną ludnością a przyjezdnymi z indonezyjskich wysp coraz szybciej przechylają się na stronę tych drugich, spytałem mojego przyjaciela Kelly'ego, czy zdarzyło się, by jacyś Papuasi przeszli na islam. Powiedział, że pewna wioska postanowiła to zrobić. Powodów nie znał. Dowiedziałem się też, że zdarzają się - choć na razie sporadycznie - mieszane małżeństwa.
Indonezja chyba nie ma ambicji nawracania Papuasów na islam. Uważając się za lepszych, indonezyjscy muzułmanie  być może nie chcieliby wspólnie modlić się w meczecie z tymi, którzy jeszcze kilkadziesiąt lat temu używali tylko kamiennych i drewnianych narzędzi. Mieszkając u młodego Papuasa w parterowym domu, który z jednej strony miał za sąsiadów innych Papuasów a z drugiej muzułmańską rodzinę przybyłą z Timoru, mogłem się przekonać, że ludzie ci potrafią się dogadywać. Kiedy skończył się Ramadan, wraz z moimi papuaskimi przyjaciółmi zostałem zaproszony na świąteczny posiłek. Po nas przybyli tam inni Papuasi, pracujący w jednej firmie z muzułmaninem. Atmosfera była autentycznie serdeczna.
Jeżeli w Dolinie Baliem dochodzi do krwawych konfliktów, a dochodzi kilka razy w roku, na ogół inicjuje to wojsko lub policja.
Po Wamenie postanowiłem popracować z dziećmi w Pyramide. To rozrastający się region, położony kilkadziesiąt kilometrów na zachód od Wameny. Jeszcze niedawno znajdowało się tam tylko kilka osad. Nazwę tego miejsca nadali oczywiście misjonarze, którym jedna z tamtejszych gór przypominała egipskią piramidę. Przyjęła się i tak zostało.
Bardziej zabawna jest historia nazwy stolicy Doliny Baliem. Był to wielki plac, klepisko na które zjeżdżali się ludzie z różnych okolicznych wiosek, by wymieniać się towarami. Po prostu bazar. W końcu lat 50. pierwsza grupka misjonarzy, która tam dotarła, spotkała kobiety idące ze świnią na sprzedaż. Spytali jak się nazywa to miejsce. Usłyszeli w odpowiedzi: "wa mena". Nie mając ze sobą tłumacza, nie mogli wiedzieć, że słowa te oznaczają po prostu "niosę świnię". Nazwa została, jest świadkiem zachodniego cynizmu, ale ta sytuacja pokazuje, że Papuasi zdolni są do akceptacji wielu rzeczy, także zabawnych.
Czy ta serdeczność, poczucie humoru, nie przyczyni się do ich zguby?