wtorek, 29 maja 2012

Karen - niezwykli birmańscy uchodźcy

Niedawno świat obiegły informacje z Birmy o zwycięstwie Narodowej Ligi Demokracji, której przewodniczy noblistka Aung San Suu Kyi. Według reguł wprowadzonych przez juntę wojskową, która od wielu lat rządzi tym krajem, 25 procent miejsc bez względu na wyniki wyborów należy się wojskowym.
Jestem ciekaw, czy wybory te zmienią sytuację mniejszości narodowych, które od kilkudziesięciu lat są dyskryminowane i prześladowane z uwagi na swoje ambicje niepodległościowe. Świadkowie, którym udało się przemycić informacje o sytuacji grup etnicznych Kachin, Shan i Karen, informują o mordach, gwałtach, pacyfikacjach wiosek, przesiedlaniu wgłąb dżungli, których dokonuje birmańska armia.
Zachód zna sytuację w Birmie, ale robi niewiele, by wpłynąć na juntę wojskową. Amnesty International działania birmańskich żołnierzy nazywa wprost zbrodnią przeciwko ludzkości.
Poddawaną szczególnej presji grupą etniczną są ludzie Karen. To kara za to, że podczas II wojny światowej, kiedy oficjalnie Birma była sojusznikiem Japonii, społeczność Karen wspomagała aliantów; głownie Brytyjczyków, którzy obiecywali im stworzenie własnego państwa. Do tego oczywiście nie doszło a Brytyjczycy – jak to Brytyjczycy – nie wywiązali się z obietnic wobec swoich sojuszników. (Na Tasmanii, w Polskim Klubie rozmawiałem z żyjącymi jeszcze weteranami spod Tobruku i Monte Casino, którzy walczyli u boku Anglików a po wojnie traktowani byli w Wielkiej Brytanii jak żołnierzy Wehrmahtu, więc mnie to nie dziwi…). Kiedy w 1948 roku Brytyjczycy wycofali się z tamtych terenów, zostawili ludność Karen na pastwę władz z Rangun, choć było jasne, do czego to doprowadzi. Wojskowe władze Birmy postawiły sobie za cel całkowitą eksterminację tych ludzi. Presje przybrały na sile po 1988 roku, kiedy przez ten kraj przetoczyła się fala antyrządowych wystąpień, krwawo stłumionych przez wojsko. Od tego czasu trwa wojna partyzancka ludzi Karen z armią, jednak cierpią zawsze niewinni… Od przejęcia władzy przez juntę wojskową, Birmę opuściło około 2 miliony ludzi tej grupy etnicznej, przeprawiając przez graniczną z Tajlandią rzekę Moei.
Rząd Tajlandii ma problem z ludnością Karen. Stworzono kilka obozów w okolicy miasta Chiang Mae, w których żyją ci ludzie. To ubogie wioski, które muszą same zarobić na swoje utrzymanie. Niektórzy mężczyźni zatrudniani są w pracy na polach i w fabrykach, ale większość nie ma stałego zajęcia. Warunki sanitarne i medyczne pozostawiają wiele do życzenia.
Olbrzymia ilość uchodźców spowodowała, że w 2007 roku rząd w Tajlandii nie chciał pozwolić na wjazd do swego kraju grupie Karen liczącej ponad 200 osób. Lokalne władze uznały, że nie są oni zagrożeni, bo nie słyszano żadnych odgłosów walk przy granicy. W końcu, wycieńczonym uciekinierom zezwolono na pobyt w jednym przepełnionych już obozów, który nie jest bezpieczny z powodu swojej lokalizacji: znajduje się pomiędzy terenami, na których stacjonują birmańskie wojska… Ci, którzy żyją w obozach na terenie Tajlandii i tak mogą nazywać się szczęśliwcami: w dżungli pomiędzy Tajlandią i Birmą ukrywa się kilka tysięcy ludzi grupy Karen.
Kiedy w rocznej podróży dookoła świata dotarłem do Tajlandii, bardzo chciałem zobaczyć tych ludzi. Kobiety plemion Karen słyną z obręczy, zakładanych im na szyję. Fotografie obejrzane jeszcze przed podróżą, na których kobiety wydawały się mieć nadnaturalnej długości szyje owinięte zwojami mosiężnego drutu bardzo intrygowały. Z Bangkoku dojechałem do Chiang Mai pociągiem a potem jeszcze długo przeprawiałem się autobusem i autostopem w trudno dostępne, górskie rejony, by dotrzeć do wioski Nai Soi.

Oto fragment z dziennika relacjonujący to spotkanie z ludźmi Karen:

20 grudnia 2007

Tropik namiotu od środka był mokry. Zasunąłem zamek i bardzo wcześnie, po 6.00 poszedłem w stronę Nai Soi. Dopiero świtało. Znalazłem się ponownie na asfaltowej drodze, kiwnąłem na samochód jadący w tym samym kierunku i po chwili siedziałem na pace pełnej worków z warzywami i dwiema wagami. W szoferce wieśniak z żoną i dzieckiem, jechali na bazar do Nai Soi. Wyskoczyłem, kiedy w wiosce ujrzałem znak wskazujący, gdzie znajdują się chaty Długich Szyi. Kierowca nie chciał ode mnie zapłaty za podwiezienie. Minąłem kilka skromnych zabudowań i wioska się skończyła. Dla pewności spytałem na migi o drogę przechodzącego wieśniaka prowadzącego krowę. Wskazał mi ścieżkę za rzeką.
Pojazdy tam jadące musiały przeprawiać się wpław, obok znajdowała się betonowa tama, po której przeszedłem. Mgły wciąż wisiały nad koronami wyżej rosnących na wzgórzach drzew. Szedłem stromym podejściem, kamienistą ścieżką, potem ostro w dół i znalazłem się przed bramą oraz małą, drewniana budką, gdzie w witrynie zobaczyłem kilka fotografii kobiet o długich szyjach, skrępowanych metalowymi pierścieniami.
Zapłaciłem 250 baht za wstęp (około 25 złotych) i otrzymałem bilet. Kiedy chciałem sfilmować wejście do wioski, kamera odmówiła mi posłuszeństwa. W takim momencie! Psuła się często, ale tym razem wyglądało to poważniej. Próbowałem coś z tym zrobić, grzebiąc palcem przy głowicy, mając nadzieję, że to tylko mechaniczna usterka, bo nosząc ją w plecaku, wciąż była trochę podrzucana. Nie pomagało. Trudno. Może tak miało być, że w połowie mojej rocznej podróży powinienem nieuzbrojonym okiem oglądać rzeczywistość. Mogłem tylko fotografować.



















Wioska nie była duża i składała się z samych drewnianych chat. Już przy pierwszej zauważyłem kolorowe szale wiszące nad stolikiem z pamiątkami. Na krześle ujrzałem pierwszą kobietę z mosiężnymi pierścieniami na szyi. Wyglądało to rzeczywiście niezwykle. Miała w sobie duży spokój i na mój widok lekko się uśmiechnęła. Wypowiadała słowa cicho, jak gdyby obręcze utrudniały jej mowę.
– Skąd jesteś – spytała.
– Z Polski.
– Ile osób jest z tobą?
– Jestem sam.
Pokazywała mi kolejne przedmioty, podając ich cenę.
– Ten szal kosztuje sto baht, tamten większy sto pięćdziesiąt. Te maskotki sto, a te pięćdziesiąt.
– Dopiero przyjechałem i chcę wpierw obejrzeć wioskę, potem może coś kupię.
Uśmiechnęła się.
Poszedłem dalej. Przy niektórych chatach na stolikach oferowano kolejne pamiątki. Czasem stała też szklana skarbonka z banknotem w środku i wydrukowaną prośbą o niewielkie wsparcie dla wspólnoty. Niektóre kobiety zajęte były tkaniem.
Z głównej ścieżki można było zejść wgłąb wioski, gdzie stały kolejne chaty, dalej zaś rozciągały się wzgórza. Doszedłem na mały placyk z prowizorycznym boiskiem do siatkówki obok którego znajdowały się podłużne budynki. Gwar wewnątrz sugerował, że to szkoła. Podszedłem bliżej. Klasy oddzielone były tylko niewysokimi plecionymi ściankami a głosy dzieci z różnych pomieszczeń nakładały się na siebie, tworząc przedziwną kakofonię, kiedy powtarzały słowa za nauczycielem.
Stałem w wejściu do jednej z klas. Wewnątrz panował półmrok, sufit zrobiony z liści a w ścianach żadnych okien. Jedyne światło wpadało przez wejście i szpary. Dzieci pochylone były nad zeszytami. Podszedł do mnie chłopak.
– Mogę zajrzeć? – spytałem.
Przytaknął.
– Jesteś nauczycielem?
– Tak. Od tego roku.
Chwilę rozmawialiśmy. Dobrze znał angielski i pytał, skąd przyjechałem.
– Czy wszyscy tu są uchodźcami z Birmy?
– Tak. Ja też.
– Chyba jest wam tu lepiej niż w swoim kraju?
– Lepiej, ale nie możemy opuszczać tego miejsca, najwyżej do Mae Hong Son. Tylko mężczyźni.
– Słyszałem, że są w Tajlandii trzy takie wioski.
– Tak, dwie pozostałe znajdują się na południe stąd. Ta powstała jako pierwsza, ale kiedy było tu już za dużo ludzi władze Tajlandii postanowiły stworzyć kolejne.
– Przeniesiono tam ludzi z Nai Soi?
– Kto chciał, mógł się tam przeprowadzić.
Spojrzałem na dziewczynkę z obręczami na szyi, siedzącą plecami do mnie, piszącą coś zawzięcie w zeszycie.
– Za ciemno mają tutaj te dzieci. Psują sobie oczy – stwierdziłem.
Nie odpowiedział. Spojrzał tylko na klasę i sufit. Chyba nigdy o tym nie pomyślał. W Birmie uczył się zapewne w podobnych jak nie gorszych warunkach.
– Co one piszą? – spytałem.
– Zadałem im ćwiczenie. Uczę matematyki.
– Mogę wejść?
– Tak.
Pochyliłem się nad zeszytem jednej z dziewczynek. Sumowała dwucyfrowe liczby. Podniosła głowę i uśmiechnęliśmy się do siebie.
– Cześć!
– Cześć – odpowiedziała piskliwym głosem.
Pokazałem na swój aparat; dziewczynka przytaknęła.
Zrobiłem kilka zdjęć, ale nie chciałem przeszkadzać. Podniosłem rękę na pożegnanie nauczyciela, który wrócił za swoje biurko i wyszedłem. Dalej, przy dwóch stolikach z pamiątkami siedziały starsze kobiety, młodsza obok nich tkała szal. Te jednak nie miały obręczy na szyjach. Reprezentowały grupę Długich Uszu. Starsze miały bardzo ponaciągane płatki uszne a w nich srebrne ozdoby, młodszą zaś ozdabiał szeroki drewniany kołek. Tak jak Długie Szyje, one także nosiły nad kolanami mosiężne, spiralne obręcze.
Podszedłem do starej; ta uśmiechnęła się do mnie, wzięła do ręki kawałek grubego bambusa, na którym ponaciąganych było kilka strun i zagrała prostą melodię. Instrument miał bardzo ładne brzmienie. Usiadłem obok niej na werandzie i słuchałem. Potem podała mi instrument, bym sam spróbował.
Nieco dalej dzieci ćwiczyły celność oka strzelając z procy. Widząc mnie zawołały, żeby je sfotografować i zaczęły robić głupie miny do obiektywu. Potem jeden z chłopców na migi pokazał, bym dał mu aparat i zrobił kilka zdjęć mnie i swoim kumplom. Po nim kolejni. Najwyraźniej dzieci często miały do czynienia z turystami i aparatami, bo wiedziały, jak się nimi posługiwać. Chłopcy polecili mi kucnąć i wskakiwali na kolana, przyciskając głowy do mojego policzka.
– Mam na imię? – wypowiadały formułkę i czekały, aż odpowiem.
Albo nie uważały na lekcji angielskiego albo marnego miały nauczyciela.
– Jak masz na imię? – stukałem w klatkę piersiową każdego z łobuziaków, by zapamiętały, jak pytać obcych.
Dzieci szybko się zaprzyjaźniały, bardzo naturalnie też pozowały do zdjęć. Po chwili usłyszałem krótkie, ostre zawołanie. Był to mężczyzna w koszuli khaki, prawdopodobnie ojciec któregoś z nich, który położył płócienny woreczek na werandzie domu. Skinął do mnie na przywitanie. Chłopcy wyjęli z worka małe, martwe żółto - czarne ptaszki i uważnie oglądali zdobycze, rozchylając im nogi oraz dzioby. Zrozumiałem, że strzelanie z procy nie było dla dzieci tylko zabawą, ale ćwiczeniem celności oka podczas polowania.
Próbowałem jeszcze naprawiać kamerę: nic nie pomagało. Byłem zły, że nie mogłem rejestrować na video tego, co było wokół. Znalazłem prowizoryczną przychodnię, w której pielęgniarka opatrywała szyję jednej z kobiet, wkładając jej nasączoną czymś szmatę. Być może obtarła skórę w miejscu, do którego nie mogła się dostać. Poprosiłem o trochę spirytusu i próbowałem wyczyścić głowicę kamery, ale na nic się to zdało.
Obok przypięty był pinezkami do drewnianej kolumny artykuł z fotografią rentgenowską autorstwa jakiegoś francuskiego badacza, który przekonywał, że kobiety Karen wcale nie mają naciągniętych szyi. Ich wydłużenie miało być iluzją. Fotografia ukazywała kręgi szyjne jednej z kobiet w normalnym układzie. Być może tak było, ale z pewnością unieruchomienie głowy wspartej na obręczach powodowało zanik mięśni, które po zdjęciu metalu nie byłyby w stanie utrzymać głowy. Taki był też podobno powód ich zakładania: w momencie ciężkiego przewinienia, kobiecie zdejmowano po prostu ten mosiężny gorset co powodowało śmierć.
Poszedłem za wioskę, mijając poletka i wysokie wzgórza. Trzy kobiety niosły z pól wysokie trzciny w koszach na plecach. Wspaniałe miejsce. Kiedy ścieżka kończyła się błotem, zawróciłem.
Długo kręciłem się po wiosce i tylko raz zobaczyłem tam turystów: dwoje mężczyzn i kobietę rozmawiających po włosku.
Siedziałem chwilę przy kobiecie tkającej szal, obserwując jej sprawność rąk. By jakoś sobie zrekompensować fakt, że kamera nie działała, kupiłem u niej drewniany grzebyk oraz płytę VCD z tańcami oraz muzyką Kerreni. (Potem okazało się, ze na płycie jest… jeden trzeszczący kawałek śpiewu kobiet, trwający 2 minuty, skopiowany trzydziestokrotnie…)

Po 17.00 postanowiłem wracać. Szedłem kawałek pieszo i po pewnym czasie kiwnąłem ręką na mijającego mnie jeepa. Jechało w nim dwoje mężczyzn, pracujących w COERR, której skrót przetłumaczyli mi jako Catholic Office Emergency Relief and Refugees. Minęliśmy bramę tej organizacji i budkę strażniczą z uzbrojonym żołnierzem i mężczyźni podwieźli mnie do głównej drogi. Kawałek szedłem pieszo i znalazłem swój camping.

poniedziałek, 21 maja 2012

Dajakowie i Ibanowie - plemiona Borneo

W grudniu 2007 roku poleciałem na Borneo. Odwiedziłem północno-zachodnią część wyspy, należącą do Malezji. Przyciągnęły mnie tam dwie rzeczy: żyjące na wolności orangutany oraz chęć zobaczenia Ibanów, którzy tak jak Dajakowie, mieszkający raczej w indonezyjskiej części wyspy, mają niesławną opinię. To rdzenne społeczności trzeciej co do wielkości wyspy na świecie, której populację określa się na około 6 milionów. Choć nazywa się ich takimi wspólnymi nazwami, wyróżnia się nawet do 200 plemion, mówiących różnymi językami. Prawdziwy problem dawnych mieszkańców Borneo pojawił się, kiedy kolonizatorzy a potem rząd Indonezji rozpoczął przesiedlanie tam mieszkańców innych, przeludnionych wysp, co – podobnie jak na Papui – powoduje do dziś wiele konfliktów z powodu znacznych różnic kulturowych.
Dajakowie i Ibanowie od dawna mieli niepochlebną opinię Łowców Głów. Kiedy tam wyruszałem, niektórzy w Malezji przestrzegali mnie przed zapuszczaniem się wgłąb tropikalnych lasów i odwiedzaniem niewielkich osad wyspy, będącej jednym z najmniej poznanych miejsc na ziemi, ale ludzie ci nie polują już na swych wrogów. Podobno... Ich głównym zajęciem jest rybołówstwo, łowiectwo i rolnictwo.
Relacje podróżników sprzed XX wieku powodowały wielkie zainteresowanie „dzikimi”, których nazywano najbardziej krwiożerczymi ludźmi na ziemi. Dajakowie i Ibanowie odcinali głowy swoim wrogom jeszcze do niedawna. Zdarzało się to najczęściej na tle waśni z obcymi, przesiedlonymi z innych wysp ludami. Podczas II wojny światowej złapani japońscy żołnierze byli właśnie tak pozbawiani życia. Odcięte głowy, odrąbywane dwoma uderzeniami maczety, zwanej mandau ozdabiały wejścia do domów a ich ilość oznaczała status mieszkańców, według wierzeń zapewniało to też zdrowie oraz wysokie zbiory płodów rolnych. Tak też polowano na żołnierzy indonezyjskich, wysyłanych by podporządkować sobie mieszkańców wyspy władzom nowego państwa.
Znalazłem się na Borneo w 10 lat po ostrym konflikcie, o którym rozpisywały się gazety na całym świecie. Dajakowie poczuli się zagrożeni przez islamskich osadników z wyspy Madura. Kiedy kilku Dajaków straciło życie, w ich pobratymcach obudziła się krew przodków i złapali za maczety: w konflikcie życie straciło ponad tysiąc imigrantów. Oficjalnie konflikty na Borneo wygasły, ale w tych odległych od Jakarty czy Kuala Lumpur terenach, osadach i wioskach ukrytych wśród lasów tropikalnych, z pewnością dochodzi do sytuacji, o których nikt się nie dowiaduje…

Z takimi informacjami lądowałem na Borneo i udawałem się do skansenu, w którym tradycja przeróżnych rdzennych plemion przetrwała, ale niestety w skomercjalizowanej, wygładzonej na potrzeby turystyki formie.

Oto fragment dziennika z tego fragmentu podróży:
„Szedłem długo, pocąc się jak bóbr, nim znalazłem odpowiedni nocleg. Nemo Hotel na Jalan Ban Hock był świeżo otwarty. Pokoje za 50 rm, ale w innej, prywatnej części budynku znalazł się tańszy za 20 rm. Był to niewielki pokój należący chyba do jakiejś nastolatki, która akurat przebywała w Kuala Lumpur. Nad łóżkiem przyklejony był taśmą plakat miejscowych gwiazd popu o nazwiskach Fasha Sandha i Nadia Mustafar, na drzwiach zaś plakaty niemowląt i podpis: „Niech ten uśmiech dziecka zmiękczy twoje serce po ciężkim, pracowitym dniu”. Pokój bez klimatyzacji, ale był wentylator i to mi wystarczało. Zostawiłem plecak i nie tracąc czasu od razu poszedłem pod Holiday Inn Hotel, skąd odjeżdżały minibusy w kierunku Damai na półwyspie Santubong. Oprócz plaż, była tam wysoka góra o nazwie takiej samej jak półwysep oraz – co mnie najbardziej interesowało – Wioska Kulturalna Sarawak.
(…)
 Bilet wstępu nie był tani: 60 rm, ale po zapłaceniu otrzymywało się specjalny paszport do - jak reklamowano, „najbardziej przyjemnego i niezapomnianego przeżycia”.
Cały kompleks rozłożony był na 17,5 akrach. Wokół małego, sztucznego jeziorka znajdowało się 7 autentycznych, etnicznych domów, z których każdy należał do innej grupy: Bidayuh, Iban, Penan, Orang Ulu, Melanezyjczyków, Malajów i Chińczyków i w każdym można było obejrzeć autentyczny wystrój, przedmioty, sprzęty codziennego użytku oraz ludzi przy pracy. Tam też zbierało się stemple do specjalnego pamiątkowego paszportu wydanego w kasie. Bardzo zgrabna cepeliada. Przed jedną z chat można było spróbować siły swoich płuc, strzelając z kuszodmuchawki, gdzie indziej przebrać się do zdjęcia w jeden z tradycyjnych strojów, zagrać na oryginalnym instrumencie, wytwarzanym przez tubylca, zjeść potrawę miejscowej kuchni, pokręcić kamiennym żarnem itp. W jednej z chat kilka dziewczyn prowadziło rodzaj gry, polegającej na skakaniu pomiędzy dwiema kłodami drewna rozsuwanymi i zsuwanymi przy podłodze w rytmie śpiewów przez dwoje chłopaków. Przypominało to dziecięcą grę w gumę, ale w tym przypadku pomyłka groziła zmiażdżeniem kostki. Dziewczyny musiały mieć bardzo długie płatki uszne, które zwinęły i zakleiły plastrem, aby nie przeszkadzało im to w podskokach. Jeden z muzyków także charakteryzował się naciągniętymi uszami. Z pewnością noszono w nich wielkie tradycyjne ozdoby.
(…)
O 16.00 w specjalnie zbudowanej sali rozpoczynał się spektakl muzyczno – taneczny dla niewielkiej grupy gości. Wśród występujących w pięknych strojach rozpoznałem kobiety, które wcześniej zajmowały się rękodziełem przed jedną z chat. Popisowy numer wykonał młody mężczyzna z dmuchawką, strzelający do balonów rozwieszonych w różnych miejscach pomieszczenia, ubrany w brunatną niedźwiedzią skórę, z okazałym pióropuszem i groźnie łypiący na widzów. Pod koniec pokazu zaproszono gości do wspólnego tańca na scenie.”

niedziela, 13 maja 2012

Paul, Dadi i Pawi Wirz

Ponad dwa lata temu otrzymałem od swojej znajomej z Bazylei zaproszenie na pewną wystawę. Na czarno – białym zdjęciu zobaczyłem mężczyznę ubranego w strój wojownika, z dzidą i pióropuszem na głowie. Podpis informował, że to Paul Wirz a fotografię zrobiono w1930 roku w Papui – Nowej Gwinei. Moja znajoma informowała, że syn tego człowieka – Dadi Wirz, jest szwajcarskim artystą, mieszkającym pod Bazyleą. Podczas wystawy oprócz fotografii miał być pokazany film Renatusa Zürchera, współrealizowany z Dadim. Udało mi się znaleźć w sieci trailer „Der Wilde Weisse” będący dokumentem z powrotu na Papuę. (http://outnow.ch/Movies/2008/WildeWeisse/Trailers/) W trakcie tego minutowego materiału ujrzałem samego Dadiego – starszego, korpulentnego pana, jego syna Pawi Wirza a także fragmenty archiwalnych scen z papuaskich wiosek. Zacząłem szperać w internecie w poszukiwaniu większej ilości materiałów o tym tajemniczym człowieku w stroju papuaskiego wojownika.
Urodzony w 1892 roku Paul Wirz okazał się szwajcarskim antropologiem, badającym przede wszystkim ludy archipelagu malajskiego oraz Nowej Gwinei. Przebywając w zachodniej Papui, prowadził badania w okolicy jeziora Sentani, a więc na północy, blisko Jayapury. W 2007 roku także odwiedziłem małą rybacką wioskę wciśniętą pomiędzy brzegi tego jeziora a wysoką skarpę.
Jego główną techniką badawczą był aparat fotograficzny. Paul Wirz jest autorem tysięcy zdjęć (wtedy zrobienie jednej fotografii to nie to samo co teraz: bezmyślne pstrykanie cyfrówką!). Olbrzymia część tych zdjęć znajduje się obecnie w Muzeum Kultury w Bazylei, część to pamiątki przechowywane przez rodzinę, spory zbiór znajduje się w kolekcji The Metropolitan Museum of Art w Nowym Jorku.
Kiedy zobaczyłem to zdjęcie Paula Wirza w stroju papuaskiego wojownika, poczułem szybsze bicie serca. Ten człowiek wydawał się odrzucać swoją cywilizację, wybrał archaiczny czas i nie było w tym nic sztucznego. Jego postawa mi imponowała a że akurat pracowałem nad swoim filmem „Płynna Tożsamość”, jemu zadedykowałem wystawę pokazaną w poznańskiej galerii AT. (Materiał zamieszczony na kanale Youtube: http://youtu.be/bAM6a06Q_Vw oraz http://youtu.be/KTXTGfgjk74).
Podczas przygotowywania wystawy szwajcarów w Polsce poznałem prace syna antropologa. Jak się dowiedziałem, Dadi był nie mniejszym podróżnikiem niż ojciec. Od wczesnego dzieciństwa towarzyszył ojcu w różnych zakątkach świata; w Afryce, Azji, Papui. Jego twórczość, mocno związana z pojęciem drogi, jest bardzo przekonująca. Dadi  wędruje brzegami wysp. Okrąża je. (Raczej okrążał: teraz ma ponad 80 lat!). Wizualnym efektem tych wędrówek, których nie zawahałbym nazwać performance’ami, są jego dzieła: zarówno grafiki, rysunki jak i obiekty. To spójne, logiczne i pełne energii działanie, które jest mi bliskie pod wieloma względami. Myślę, że Dadi Wirz znalazłby wspólny język z Andrzejem Szewczykiem…
Dadi dowiedział się o mnie i o moim filmie dedykowanym jego ojcu i chciał mnie poznać. Okazja ku temu wydarzyła się niedawno: 28 kwietnia otworzyłem wystawę w galerii Maison 44 w Bazylei (siódma odsłona cyklu preMedytacje), na wernisażu wśród gości był on, zaś następnego dnia mieliśmy oficjalne spotkanie z publicznością pod nazwą „Talk with the artists”. Przygotowałem się do tego spotkania dość sumiennie i miałem lekką tremę Omawialiśmy historię kolonialną tej wyspy oraz obecną sytuację polityczną, swoje doświadczenia i spostrzeżenia, na koniec zaprezentowałem swój film z Doliny Baliem. Odpowiadaliśmy na pytania zgromadzonych. Wiele też miała do powiedzenia znacznie młodsza od niego żona, artystka Krassimira Drenska, z pochodzenia Bułgarka, która próbowała przeprowadzić podobne do moich planowanych na lato tego roku warsztaty z dziećmi w Papui – Nowej Gwinei. Jej informacje są dla mnie istotne. Dadi okazał się niezwykłym, ciekawym i mądrym człowiekiem. Niepozorna sylwetka; lekko zgarbiony, niski człowiek o bardzo przenikliwym spojrzeniu. Jego życie mogłoby służyć za kanwę filmu. Nie poznałem osobiście syna Dadiego:  Pawi podczas wizyty w Papui wraz z ojcem, postanowił tam pozostać i związał się z miejscową dziewczyną. W trailerze „Der Wilde Weisse” pojawia się kilkakrotnie: blondyn w krótkim fragmencie dziko tańczy.
Jeżeli wrócę na Papuę tego roku, zanim polecę do Doliny Baliem by wyruszyć w góry do wiosek plemienia Dani, postaram się jeszcze raz odwiedzić osadę rybacką nad jeziorem Sentani i spytać ludzi, czy dotarł tam Paul Wirz. Jeżeli ktokolwiek mógłby go tam jeszcze pamiętać…




zdjęcia Paula Wirza pochodzą ze strony: http://www.artfilm.ch/wildeweisse.php?showimg=wildeweisse03 

poniedziałek, 30 kwietnia 2012

Etiopia - smutne spotkanie z ludem Mursi


Pół roku po powrocie z rocznej podróży dookoła świata, zimą 2008 roku udałem się do Etiopii, by dotrzeć na południe, do doliny Omo. Nie interesowały mnie kamienne klasztory na północy tego kraju. One najpewniej będą istniały jeszcze długo i zawsze będzie można je odwiedzić. Fascynowali mnie ludzie, żyjący w trudno dostępnych terenach na południu. Ci najbardziej niesamowici, mający jednak opinię niebezpiecznych i agresywnych.
Jakże inne było to doświadczenie Afryki, po gościnnym pobycie w oazie Teizent w Mauretanii!
Dolina Omo, która wzięła swoja nazwę od rzeki, wzdłuż której żyją przeróżne plemiona, została wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO z uwagi na wartości archeologiczne jak i geologiczne. Wpisując w google hasło Omo Valley często pojawiały się fotografie kobiet plemienia Mursi, z naciągniętymi dolnymi wargami, w które wkładały gliniane krążki. Ci ludzie byli głównym celem tej podróży.
Z Addis Abeby przez Arba Minch, Arbore, Turmi, Key Afar, po kilku dniach w końcu dotarłem do celu: miasta Jinka. Kręciłem się tam kilka dni i poznałem parę Hiszpanów – dendrologów, z którymi wynajęliśmy jeepa z kierowcą, który miał zawieźć nas do Parku Narodowego Mago. Tam mieliśmy spotkać Mursich.
Oto zapiski z dziennika dotyczące tego spotkania i kilka zdjęć:

”Czekaliśmy kilkanaście minut z Rosaną i Martinem na kierowcę i przewodnika. O 7.00 dopiero świtało, a na klepisku będącym nie tak dawno pasem startowym samolotów kilkunastu młodych mężczyzn rozpoczynało mecz piłki nożnej. (…)
Załadowano samochód i wyruszyliśmy. (…) Często pięliśmy się wysoko po wybojach, ale na górze wspaniałe widoki zielonej Doliny Omo rekompensowały wszystko.
Martin prócz tego, że wciąż wskazywał Rosanie na drzewa, znał się też na zwierzynie i potrafił ją dostrzegać. Kilkakrotnie biegły przed samochodem małe dik diki, które po kilkunastu metrach podskakiwania i pokazywania nam białych plam na tyłkach, w końcu znikały w zaroślach. Nieraz zatrzymywaliśmy się, by popatrzeć pejzaż, rzadkie okazy ptaków lub małp. Było gorąco, ale mieliśmy pozamykane okna. Jedynie nasz przewodnik nie zasunął szyby, przez którą kilkakrotnie wpadły do samochodu muchy przypominające nasze końskie. Powiedział nam, że to tse tse, ale zapewniał, że w tym rejonie o tej porze nie roznoszą chorób takich jak śpiączka. Z ich jednak powodu Mursi co pewien czas migrowali w bezpieczniejsze tereny. Muchy trzebiły im bydło. Z niepokojem patrzeliśmy na roje tych owadów frunących równolegle z samochodem. Kiedy już kilka wpadało do środka, urządzaliśmy polowania. Zgniotłem kilka z nich o szybę statywem w pokrowcu, ale dwa razy poczułem ukąszenia w te miejsca, gdzie nie byłem posmarowany: w stopę przez skarpetę oraz w głowę w okolicach skroni.
Dotarliśmy do pierwszego punktu kontrolnego. (…) W kolejnym miejscu dosiadł się do nas uzbrojony ochroniarz. W końcu pojawiły się pojedyncze chatki i pierwsi tajemniczy Mursi przy nich. Czułem ekscytację. (…) Po 2,5 godzinach drogi dotarliśmy na miejsce. To było Bale, oddalone około 52 kilometry od Jinka. Kierowca zatrzymał się w cieniu drzewa. Zobaczyłem kilka kopulastych chatek i zbliżającą się w naszą stronę sporą grupę ludzi w niezwykłych strojach. Wiele kobiet w dolnej wardze miało wielkie lub średnie krążki z gliny. Dhebinva. Największe około 20 cm średnicy. Niezwykła ozdoba. Małym dziewczynkom nacina się dolną wargę i z biegiem lat wkłada w nacięcie coraz większe krążki. Warga naciąga się i otacza krążek, mający na swym obwodzie rowek. Słyszałem kilka teorii związanych z tym zwyczajem i jak się zdaje antropolodzy sami nie są zgodni co do znaczenia tej tradycji. Robiono to po to, by oszpecone kobiety ochronić przed handlarzami niewolników – twierdzą jedni. Inni uważają, że wielkość krążka oznacza status danej kobiety. Są też teorie, że ma to znaczenie religijne: krążek skutecznie uniemożliwia dostanie się do wnętrza kobiety złych duchów. Niezależnie od tego, jaki jest rodowód oraz znaczenie tego „ozdabiania” twarzy, wygląda to niesamowicie i z pewnością utrudnia normalną egzystencję. Ja zastanawiałem się, czy i jak tutejsi mężczyźni całują swoje kobiety… A może taka zwisająca jak dętka roweru warga pozwala na jakieś perwersje??? Chyba nie odważyłbym się sprawdzić…
Oprócz krążków w wardze lub uszach, wiele kobiet posiadało niezwykłe ozdoby na głowach. Kły guźców, metalowe obręcze, jakieś sznury, kolorowe plamy na twarzach itd. Ubrane były na ogół w skóry zwierząt, nieraz pięknie malowane w pasy i linie. Nie mogłem jednak pozbyć się wrażenia, że wszystko to jest rodzajem maskarady, afrykańskiej cepeliady dla turystów. Tłumek ludzi, jaki nas otoczył od razu stał się bardzo nachalny. Kobiety ciągnęły za rękawy, próbując zwracać na siebie uwagę, by to im zrobić zdjęcie. Oczywiście za pieniądze. Być może ludzie ci w pewnym momencie stwierdzili, że bardziej opłaca się im pozować do zdjęć niż zajmować tradycyjną, ciężką pracą oraz hodowlą zwierząt. Może obecność turystów, pieniądze, jakie dostawała społeczność za każdy samochód wjeżdżający na ich tereny oraz indywidualnie za każde zdjęcie, była znacznym wzbogaceniem budżetu dla tych ludzi, którzy jeszcze nie do końca zrezygnowali z tradycyjnego życia.
Otaczający mnie ludzie byli natrętni, co szybko stało się męczące. Rosana i Martin również próbowali wyjść z kręgu ludzi, którzy ich szczelnie okrążyli. Nie było to łatwe. Wybierałem co ciekawsze kobiety i dzieci, ustawiałem je, a w tym czasie reszta cierpliwie czekała do momentu, kiedy strzeliła migawka. Potem znów mnie otaczano, szarpiąc i wskazując na siebie lub oferując na sprzedaż gliniane krążki. Wyjmowano je z koszy i podtykano mi pod nos. Wiele było pękniętych lub ukruszonych. Duże dhebinva kosztowało 10 birrów (około 3 złote), mniejsze 5. Natrętni byli też mniej licznie tej grupie mężczyźni. Smukli i wysocy, ich twarze nie zdradzały żadnych uczuć. Niektórzy z nich również byli uzbrojeni w strzelby. Najdziwniejsze były jednak kobiety z kałasznikowami. Zrozumiałem, dlaczego poprzedniego dnia przewodnik mówił, że u Mursich będziemy najwyżej godzinę. Po kilkunastu minutach miałem już dość. Smutne było to, że nie dało się z tymi ludźmi normalnie porozmawiać, choćby przez przewodnika lub uzbrojonego skauta. A ja z chęcią dowiedziałbym się na przykład czyjegoś imienia, ile ma lat, ile dzieci, jak mu się żyje itd. Wszystko traktowane było instrumentalnie. Z pewnością winę za ten stan rzeczy ponoszą sami turyści wpadający w to miejsce na „fotograficzne łowy”. Słyszałem jednak o pewnym Polaku, który żyje wśród Mursich. Zbudował sobie z ich pomocą chatę i dzieli ich los, pracując oraz uczestnicząc w codziennym życiu.
Postanowiliśmy wracać. Poczułem ulgę, kiedy w końcu zamknąłem drzwi jeepa, oddzielając się od tych ludzi, stojących przy aucie, próbujących jeszcze coś sprzedać lub namówić na zdjęcie. Właściwie nie powinienem się dziwić temu stanowi rzeczy. Jasne było, że turyści przybywają tu do nich, żeby zrobić zdjęcia.
Zabudowania gospodarcze Parku Narodowego były opustoszałe, aż wreszcie pojawił się niewyspany strażnik. Przyszło do płacenia. Wycieczka kosztowała każdego z nas 380 birrów, czyli około 130 złotych. Warto było? Pomyślałem, że z czasem stwierdzę, że tak, ale wtedy byłem zawiedziony tym kontaktem z ludem Mursi. Obyło sie bez żadnych większych problemów, z których słyną ci ludzie. Zdarzało się, że turyści bez uzbrojonego ochroniarza byli do cna bezczelnie okradani, wręcz rozbierani przez mężczyzn tego plemienia. Zdarzały sie też gorsze rzeczy. Ja również nie czułem się tam bezpiecznie...
Jinka była tego dnia bardzo kolorowa z uwagi na odbywający się targ. Najwięcej działo się na dużym placu oraz w jego najbliższej okolicy. (…) Sprzedawano najczęściej warzywa oraz różnego rodzaju ziarna. Długo krążyłem wśród ludzi. Zauważyłem też kilka łysych kobiet Mursi. Ich dolne wargi zwisały poskręcane. Nieraz podchodziły wskazując na siebie, by zrobić im za kilka birrów zdjęcie, ale nie miałem ochoty. Kiedy czasem fotografowałem ogólną panoramę i cały bazar, ktoś podbiegał i żądał zapłaty za to, ze skierowałem na niego obiektyw. Było to męczące. Bazar powoli pustoszał a kilkoro biednych dzieciaków z torebkami foliowymi i brezentowymi workami wydłubywało z ziemi ziarna kukurydzy. Najwyraźniej miały układ z kozami, które nie przypilnowane skubały worki, powodując dziury. Na peryferiach oczywiście odbywały się libacje. Zdawało mi się, że w powietrzu unosi się zapach tedżu. Kilku mężczyzn zataczało się na nierównej drodze, w paru miejscach pijani leżeli w rowach. 
Dowiedziałem się później, że broń, z którą ochoczo pozowały kobiety plemienia Mursi nie jest noszona tylko dla ozdoby czy prestiżu. Konflikty plemienne zdarzają się stosunkowo często i broń nie służy tylko do ochrony bydła przed drapieżnikami. Młodzież wypasająca bydło, kiedy widzi w pobliżu kogoś obcego również z krowami, próbuje czasem zakraść się i ukraść zwierzę, chcąc w ten sposób zaimponować ojcu czy dziewczynom ze swojej wioski. Tak najczęściej rodzą się wśród tych ludzi konflikty.
(…)”


z wizytą u ludzi plemienia Hamer



Warto zajrzeć na strony, opisujące sytuację ekonomiczną oraz polityczną ludzi Doliny Omo:

niedziela, 22 kwietnia 2012

Mauretania - żyjąc z potomkami piratów pustyni - fragmenty dziennika

Fragmenty dziennika z podróży, prowadzonego latem 2006 roku. (Tekst został dostosowany do filmu zrealizowanego w Mauretanii.)


W końcu dojeżdżamy do miejsca, w którym przyjdzie mi spędzić kilka dni. Oaza Teizent, w której mieszka Mounir z rodziną. Moja wizyta staje się dużym wydarzeniem. Oaza jest trudno dostępna i nie przyjeżdżają tu turyści.
Poznaję kobietę w czarnym, farbującym stroju, która jest nauczycielka o imieniu Hindi i oprócz Bouh jest jedyną osobą, znającą tu dobrze angielski. Poznaję też rodzinę Mounira: jego młodą żonę Zeńbę oraz jej siostrę, Aiszę. Na widok kamery kobiety chowają swoje twarze. Dopiero po kilku dniach zostanę w pełni zaakceptowany.
Ulokowano mnie w przypominającej igloo chacie Mounira, zbudowanej jak większość w oazie - z żerdzi, patyków i skręconych liści palmowych. Jedynymi sprzętami wewnątrz są słomiane maty, koce, poduszki, butla gazowa i… charczący magnetofon.
Z powodu mojej obecności do chaty zawitało kilka osób. Posiłek przynosi zawsze jedna z dziewczyn. Wszyscy jedzą tu z jednej miski bez używania sztućców. Kiedy mężczyźni się posilają, kobiety siedzą z tyłu. W ciągu dnia upał jest trudny do zniesienia i cała społeczność na ogół spędza kilka najgorszych godzin w chatach. Brak jakichkolwiek rozrywek wydaje się tu nikomu nie przeszkadzać. Kilka razy w ciągu dnia zaparza się herbatę w ten sam sposób, przelewając wielokrotnie płyn pomiędzy małymi szklankami, do uzyskania wysokiej pianki.
Ważnym miejscem oazy jest wąska, głęboka studnia, przy której niemal zawsze wciąż się ktoś kręci. (…) Na początku mojego przyjazdu dzieci próbowały nieśmiało żebrać, w końcu jednak coraz częściej słyszę swoje imię. Czuję się tu bezpiecznie od samego przyjazdu. Jest w tym jakaś prawidłowość tak w Azji jak i Afryce: im skromniejsza społeczność, tym bardziej przyjaźnie nastawiona.
Codziennym rytuałem o tej porze roku jest zrywanie daktyli. Gdy Aisha potrzebuje owoców, prosi o pomoc Hasana, który zawsze chodzi w golfie chroniącym go przed ostrymi liśćmi palmy i ze sznurem na ramieniu, przywiązując się nim do drzewa. Ogromnym szacunkiem otacza się tu starszych ludzi. W przeciwieństwie do naszej cywilizacji, tutaj wciąż są oni uosobieniem mądrości.
Kiedy słońce nie jest już tak dokuczliwe, wspinam się z kilkoma młodymi ludźmi na pobliski klif. Widok doliny przypomina archaiczną mapę, z naznaczonymi na niej w dziwnej perspektywie domostwami i ludzkimi sylwetkami. Kiedy przeminie pora sucha, wszyscy rozejdą się do swoich innych domów. Część na pustynię, inni, mający dzieci pójdą do miejsc, w których są szkoły. W dolinie znajdują się całe ciągi małych osad oddzielonych palmowymi gajami. Wieczorem z miasta wracają z pracy mężczyźni. Większość z nich zajmuje się sprzedażą daktyli. Kilku mieszkańców posiada jeepy służące za taksówki.
 Po zachodzie słońca przyprowadza się na noc wielbłądy i wiąże je w pobliżu studni. Pięć razy dziennie oddaje się pokłony Allachowi. Ostatni już o zmroku. Niektórzy modlą się w małej grupie pod przewodnictwem mułły w prowizorycznym meczecie, jednak moi gospodarze oddają cześć Allachowi w chacie, bijąc pokłony w kierunku wschodnim. Jak wszyscy w oazie, śpię przed chatą i trudno mi zasnąć pod rozświetlonym gwiazdami niebem.
Kolejny dzień. Dopóki słońce jest stosunkowo nisko, spędza się czas na matach i kocach w cieniu chat. Poranki rozpoczynają się zawsze od herbaty. Obserwuję, jak oaza powoli budzi się do życia. Wszystko jakby spowolnione. Nikt się nigdzie nie śpieszy. W pobliżu chaty Mounira zauważam stertę kamieni wykazującą celowe rozmieszczenie. Okazuje się, że to stary cmentarz.
Postanowiliśmy odwiedzić rodzinę Bouh. Każdy wyjazd z oazy Teizent to obowiązkowy, krótki postój w miasteczku Atar, gdzie dokonujemy drobnych zakupów. (…) Kierujemy się na północny zachód w kierunku miasta Ouadane. Na pustkowiu łapiemy gumę. Najwyraźniej nie jest to pierwsza taka awaria, bo wymiana koła odbywa się bardzo sprawnie. Gdyby to było coś poważniejszego, niewątpliwie mielibyśmy problem, bo bardzo rzadko mija nas jakikolwiek pojazd.
Stare Ouadane zbudowane w X wieku na szlaku karawan, pełniło funkcję ksaru, czyli ufortyfikowanej osady z gliny i kamienia. Ely oprowadza mnie po wąskich uliczkach wśród starych ruin. Podobno to największa atrakcja turystyczna Mauretanii, ale nie spotykam tu nikogo. Miasto zniszczyły ulewne deszcze i ludzie zbudowali w sąsiedztwie nowe domy. Słońce bardzo mnie osłabia i resztkami sił wracamy do rodzinnego domu Bouh. Wymiotuję. Kiedy leżę na matach i otwieram oczy, tańczy nade mną Ely i Mounir. Egzorcyzmy? Taniec voodoo? Czy to ma dodać mi sił? Po pewnym czasie rzeczywiście odzyskuję trochę energii i wyjeżdżamy poza obręb miasta w kierunku wysokiego klifu. Przyjaciele pokazują mi ryty. Największy gładki głaz pokryty jest napisami i rysunkami. Najstarsze, najbardziej spatynowane, przedstawiają zwierzęta i jeźdźców. Ta wspaniała skała jest jak kronika spisywana od tysięcy lat.
Odwiedzamy kolejną, znajomą rodzinę nomadów, którzy częstują nas herbatą i daktylami. Ludzie ci są skromni, dumni i gościnni. Kobiety pokazują mi kamienne groty strzał, jakie znalazły na pustyni. Z chęcią mi je sprzedają po krótkich targach za 500 ougija, co jest równowartością około 3 dolarów. Są piękne, ale czy autentyczne?
W domu najważniejszą osobą jest ojciec Bouh. Wszyscy niezwykle go szanują. Kiedy ktoś z nim rozmawia, nawet nie patrzy mu w oczy. Ja także odczuwam respekt i nie odważam się go filmować. Zaprzyjaźniam się z dziećmi: córką Bouh i jej dwoma małymi kuzynkami. Początkowo nieśmiałe, kiedy narysowałem ich portrety, nie odstępują mnie na krok, ucząc swojego języka.
Dojeżdżamy na miejsce zawodów strzeleckich, w których bierze udział brat Bouh - Moulay. Długo trwają powitania a rozmówcy często nawet nie patrzą na siebie, jakby próbując przypomnieć sobie jak największą ilość krewnych, o których wypada spytać. Cele oddalone są ponad 100 metrów. W zawodach oprócz Moulaya bierze udział jeszcze kilku mężczyzn, którzy wspólnie kupili naboje do karabinu. Wśród kibiców nie ma kobiet. Wygrana nie wiąże się z żadną materialną korzyścią. To nie hazard, ale pretekst do przyjacielskiego spotkania się i porozmawiania.
Po zmroku słyszę w oddali charczące dźwięki gitary. Idę po omacku ciemnymi ulicami pozbawionymi prądu w stronę, z której dobiega dźwięk. Wchodzę na jakieś podwórze, gdzie na ziemi wśród lamp siedzi kilkanaście osób. Jestem jedynym obcym, ale nie wzbudzam większej sensacji. Na dywanach siedzą muzycy. Dźwięki gitary podłączonej do wzmacniacza hipnotyzują nie tylko mnie; kilka osób wstaje i zaczyna się kołysać w takt muzyki. W końcu cały plac zdaje się tańczyć. Dwie kobiety wpadają w trans i tarzają się dziko na ziemi. Niezwykła atmosfera! W końcu muzyka cichnie i wszyscy rozchodzą się do swoich domów. W nocy silny wiatr przeganiał tumany piasku; na szczęście pościelono mi na dachu domu. Rano mogłem zobaczyć z tego miejsca całą okolicę.
Żegnamy się serdecznie z wszystkimi i wracamy. Muszę przyrzec ojcu Bouh, że jeśli kiedyś znów będę w Ouadane, na pewno ich odwiedzę.
Przez drogę w niektórych miejscach przepływa woda. To efekt nocnej burzy, której błyskawice widziałem nocą na zachodnim niebie. Mam ochotę wysiąść i położyć się w tych kałużach, bo jest bardzo bardzo gorąco. Na moment wjeżdżamy do Chingueti; oazy, która jest siódmym w kolejności świętym miastem islamu. Nie zauważam tu jednak specjalnych śladów jego świetności, choć domy i wydmy wokół robią duże wrażenie. Podobno, zanim tą ziemię nazwano Mauretanią, nosiła ona właśnie nazwę Chingueti.
Przyzwyczajam się do rytmu życia w oazie, w której czuję się już jak w domu. Ma to jakiś uniwersalny wymiar. Niezwykła harmonia ludzi z otoczeniem i brak arogancji cechującej mój świat. Tą arogancję jednak dostrzega się dopiero z dystansu. Mieszkańcy takich archaicznych społeczności zdają się nie odczuwać głodu, jaki przejawiają ludzie Zachodu. Głodu posiadania i nieustannego przekraczania granic.
Przestałem nadmiernie uważać na to, co jem i piję. Kuskus z mięsem i woda wprost ze studni. Co ma być to będzie. Zostaję zaproszony do domu nauczycielki - Hindi, gdzie na moją cześć przygotowano występy. Dzieci wspaniale tańczą a starsze kobiety śpiewają i wystukują rytm na plastikowych wiadrach. Kiedy wewnątrz jest już za dużo gapiów, Hindi przegania ciekawskie dzieciaki. Odczuwam silne więzi emocjonalne, jakie istnieją pomiędzy ludźmi tutaj. Nieco inny, chyba trochę niższy status posiadają tu jednak Czarni.
Burza spowodowała, że do doliny spłynęła woda i zatrzymała się w specjalnie przygotowanej tamie. Ta zamulona kałuża jest jak wybawienie. Bouh, Mounir i ja nie zastanawiamy się długo i wskakujemy do wody, gdzie pluskają się już dzieci. W takim miejscu jak pustynia zaczynam rozumieć, czym może być woda, drzewo rodzące owoce i dające cień. Jak dużą wdzięczność można czuć wobec przyrody, która daje te skarby. Żyjąc w zachodnim luksusie takie refleksje się nie pojawiają. Tu wszystko jest tak niezwykle realne. Ludzie należą do natury i są od niej w pełni zależni. Niewiele się zmieniło od tysiącleci.
Kolejnego ranka idę z Aishą na drugą stronę gaju palmowego kupić mięso. Co drugi dzień o świcie właściciel wielbłądów przyprowadza jedno zwierzę, które oprawiają czarni rzeźnicy. Nie ma tu lodówek i wszystko musi być natychmiast sprzedane oraz usmażone. Także z sąsiednich osad przychodzą po mięso kobiety z plastikowymi wiaderkami.
Otoczenie jest istnym cmentarzyskiem; walają się tu resztki zabitych wcześniej zwierząt. Przykry widok, ale dla tych ludzi to przymus. Trudno byłoby tu zostać wegetarianinem. Dałem Mounirowi 2000 ougija, za które Aisha kupiła całe wiadro mięsa i kilka płaskich, okrągłych chlebów. Aisha skończyła tylko szkołę koraniczną i nie zna nawet francuskiego. Jednak jakoś udaje nam się nawiązywać kontakt (…).
Matka Aishy zajmuje się mięsem, którego zapach przyciąga roje much. Kuchnia to butla gazowa i patelnia na kuchence w starej zardzewiałej beczce po paliwie. Nagrzany metal aż parzy a nad głową niemiłosierne słońce.
Ósmy poranek w oazie. Patrzę jak odchodzą wielbłądy i czuję, że powinienem jechać w dalszą drogę. Żegnam się z Mounirem i jego rodziną. W podziękowaniu za gościnę daję mu w prezencie swój nóż sprężynowy. Pozostawiam też cząstkę siebie i mam nadzieję, że kiedyś znów tu przyjadę. Bouh z Elym odwożą mnie do Ataru na plac, skąd mogę zabrać się jeepem do Choum - miasta leżącego na samym rogu przy granicy z Saharą Zachodnią. U jednego z mężczyzn kupuję bilet - kawałek zwykłego papieru w kratkę zapisanego po arabsku. Czekam godzinę i w końcu dowiaduję się, którym pojazdem pojadę. Na szczęście nie jest to jeden z totalnie zdezelowanych wraków, jakie stoją na placu. Jadę 2 godziny jeepem wprost przez pustynię w wiejącym wietrze i piasku dostającym się do oczu. Siedzę na tobołach a słońce spala mi kolana.
Choum to mała osada, gdzie na chwilę zatrzymuje się towarowy pociąg jadący z kopalni w Zouerat wydobywającej rudę żelaza do portu w Nouadhibou. Nie ma tu żadnej stacji. Pociąg po prostu przystaje na kilka minut i do jedynego wagonu osobowego wciskają się ci, którzy kupili bilet. Biletów już nie ma i jestem skazany na kilkunastogodzinną podróż wprost na węglarce. W poczekalni zbudowanej z podkładów kolejowych poznaję młodego Francuza, który spędził w Mauretanii 3 miesiące a wcześniej tyle samo czasu w Maroku. Eric nauczył się nieco arabskiego, zmienił imię na Muhamed i przeszedł na islam. Wracał teraz do domu po półrocznej włóczędze.
Pociąg miał przyjechać o 20.00, ale okazuje się, że z powodu jakiejś awarii przybędzie o północy. Szczęście w nieszczęściu, bo dzięki tej zwłoce poznajemy dwóch braci, którzy znają angielski, częstują nas herbatą i ciastkami a co najważniejsze, dają nam stare ubrania wygrzebane w wielkim worku, zapewne darach społeczności zachodnich dla biednej Afryki... Wskakujemy w środku nocy na wagon, owijając się wszystkim, co mamy. Zmarznięci, dopiero o świcie możemy zobaczyć warunki, w jakich podróżujemy. Pociąg jedzie niemal w linii prostej wzdłuż granicy z Saharą Zachodnią. Ta jedyna linia kolejowa Mauretanii ciągnie się na długości 700 km. Pociąg ma 200 wagonów. Czerwony pył rudy żelaza i piasek zasypują oczy. Choć prawie nie spałem z powodu zimna i wiatru, czuję radość. Ta podróż jest wolnością.
Po 14 godzinach podróży w końcu docieramy do Nouadhibou na cyplu zwanym Białym Przylądkiem. Kąpiel w Atlantyku, wśród wraków statków rybackich daje pewne orzeźwienie, ale nie usuwa tłustego brudu. Dopiero porządny prysznic na campingu, na którym się zatrzymałem naprawdę zmywa czerwony pył.



----------------------------------------------------------------------------------------------------

Poprzedni post - wstęp do tej opowieści - nieopatrznie skasowałem, nie zachowując kopii tekstu. Pozostało w pamięci komputera kilka zdjęć, które niniejszym jeszcze raz "przytaczam"...


Lunch gdzieś pomiędzy Nouakchot i Atar

Awaria w drodze


W Chingueti

Wjazd do oazy


Oaza Teizent


Z wizytą u koczowników na pustyni


Relaks w chacie Mounira;
u góry Aicha, Zeńba, na dole Ely, ja, Mounir i Bouh