czwartek, 25 czerwca 2015

Rysunki dzieci: Oman cz. 1

Wszystkie rysunki dzieci, które uczestniczyły w warsztatach w Papui Zachodniej, Omanie i w Polsce - na Śląsku zostały już zeskanowane i posegregowane. Wraz z fotografiami i nazwiskami ich autorów na potrzeby strony internetowej przygotowałem plansze. Prace dzieci papuaskich zaprezentowałem już wcześniej, teraz publikuję efekty rysunkowe dzieci ludu Harasis ze środkowego Omanu. O ile w papuaskiej Dolinie Baliem i w Katowicach otrzymałem zgodę od władz szkoły na przeprowadzenie warsztatów w ich placówkach, w muzułmańskim Omanie się to nie udało. Tylko dzięki pomocy i gościnności pana Abud Saida (na zdjęciu obok, ten ciemniejszy ;)), u którego mieszkałem, moja podróż do Omanu nie była daremna. Zorganizował on grupę dzieci, która bawiła się nieopodal jego domu i udostępnił mi swój gabinet do pracy.

Pierwszym tematem rysunkowym była przeszłość, którą dzieci znały z opowieści rodziców, kiedy ci prowadzili jeszcze wędrowny tryb życia i zamieszkiwali na pustyni, bez dostępu do wody, organizowali kilkutygodniowe karawany na północ w celu wymiany produktów. Wszyscy Harasis żyli w większej symbiozie, byli od siebie bardziej zależni. 

środa, 17 czerwca 2015

Warsztaty plastyczne z dziećmi ze szkoły podstawowej nr 53 w Katowicach - Nikiszowcu

Dziś przeprowadziłem ostatnie z zamierzonych warsztatów projektu "Płynna tożsamość", na swoim rodzinnym, śląskim terenie. Wybrałem szkołę podstawową w Katowicach - Nikiszowcu, z uwagi na jej położenie przy Kopalni Węgla Kamiennego "Wieczorek". Dzieci poproszone o narysowanie wspomnień swoich rodziców i dziadków oraz własnych wizji przeszłości, często odnosiły się do tradycji górniczej. Niektórzy rysowali charakterystyczne zabudowania dzielnicy Nikiszowiec. Rysunki dotyczące przyszłości były na ogół bardzo futurystyczne i swoboda wyobraźni powodowała, że ten temat uczniom bardziej odpowiadał.
Pracowałem z klasą IVa, czyli z dziećmi w wieku 10-11 lat. W grupie około 20 dzieci tylko kilkoro rodziców nie wyraziło zgody na fotografowanie swoich pociech oraz wymienianie ich nazwiska jako autorów rysunków, co wiąże się z tym, że nie zostaną ujęte na stronie internetowej oraz w publikacji podsumowującej warsztaty. Dlatego na załączonych niżej fotografiach są tylko dwa rzędy ławek z uczniami. Publikacja wydana drukiem będzie obejmowała też wcześniejsze moje warsztaty z dziećmi w Papui Zachodniej i Omanie. Fundusze na ten projekt otrzymałem z Wydziału Rzeźby i Działań Przestrzennych Uniwersytetu Artystycznego w Poznaniu, w ramach środków na badania własne. 
Dziękuję za pomoc dyrekcji szkoły, nauczycielom, rodzicom i dzieciom :)


Na razie ogólne zdjęcia z dzisiejszych warsztatów.



poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Płynna tożsamość - warsztaty z dziećmi w Szczecinie i prezentacja rysunków dzieci z Wameny

Wraz z Fundacją Las Sztuki działającej w ramach Klubu 13muz w Szczecinie zrealizowałem warsztaty plastyczne ze szczecińskimi dziećmi. Była to trzecia część projektu edukacyjnego, mającego na celu prześledzić oczami dzieci zmiany cywilizacyjne, jakie dokonują się wokół nich. Małych autorów poprosiłem, by narysowały wpierw świat ich rodziców oraz dziadków, jaki znają z opowieści, zdjęć rodzinnych etc., druga praca miała pokazać, jak wyobrażają sobie przyszłość. Warsztaty odbyły się w sobotę 11 kwietnia, dzień później miał miejsce wernisaż, na którym skonfrontowaliśmy ich prace z rysunkami rówieśników z Doliny Baliem w Papui. Mimo nietypowej jak na wernisaż pory, bo w niedzielne południe, pojawiło się nadzwyczaj dużo gości. Część z nich uczestniczyła potem w warsztatach fotograficznych organizowanych przez Fundację Las Sztuki oraz galerię "Tworzę się". 
Dużą satysfakcją była dla mnie możliwość pokazania pierwszy raz na żywo prac papuaskich dzieci. Ich rysunki pozyskałem podczas warsztatów, jakie przeprowadziłem latem 2012 roku w Dolinie Baliem. 
Bez pomocy i dobrej energii Keda Olszewskiego oraz Pauliny Ratajczak warsztaty i wystawa w Szczecinie nie doszłaby do skutku, więc składam im serdeczne podziękowania!

Poniżej krótki fotoreportaż z tego wydarzenia.












































Przydatne linki:

http://13muz.eu/

http://www.lassztuki.pl/

http://www.tworzesie.pl/

sobota, 25 października 2014

Dubaj - pożegnanie z Półwyspem Arabskim - dzień 11

Dzień 11

Wstałem wypoczęty i zregenerowany. W autobusie prócz „lokalsów” byli pasażerowie z Afryki, Pakistanu, Indii i Sri Lanki a także dwie Francuzki – matka z córką oraz młody Niemiec. Kiedy wjeżdżaliśmy do jednego z miast, zobaczyłem w różnych miejscach duże grupy najemnych pracowników z Pakistanu, czekających z narzędziami na transport do pracy. Choć polityka „omanizacji” ograniczała przypływ siły roboczej z zewnątrz i oficjalnie liczba ta nie przekraczała 30 procent, byli oni zauważalni wszędzie. W połowie drogi odprawy odbywały się w paru punktach odległych od siebie kilka kilometrów. Bardzo szczegółowo sprawdzono chłopaka ze Sri Lanki oraz dwóch Murzynów. O 11.15 byliśmy na terenie Emiratów. Wokół wciąż rozciągały się pustynne wzgórza.


 
Wysiadłem na ostatnim postoju w Dubaju, owinąłem głowę chroniąc się przed słońcem, zarzuciłem plecak i ruszyłem w kierunku zaznaczonego na planie miasta dworca Deira, skąd miały odjeżdżać autobusy na lotnisko. Liczyłem, że znajdę tam przechowalnię bagażu i do późnego wieczora będę mógł swobodnie obejrzeć kilka miejsc w mieście. Szedłem w cieniu szerokim chodnikiem Al Rigga Road, czasem wychodząc na palące słońce, kiedy natrafiałem na przerwę między wysokimi budynkami. Powodowało to momentalnie większe zmęczenie i dyskomfort. Na skrzyżowaniu z Omar Bin Al Khattab wypatrywałem stanowisk autobusowych. Miejsce się zgadzało: po przeciwnej stronie znajdował się Panorama Hotel Deira, lecz autobusów nie dostrzegłem. Zjadłem w hinduskiej restauracji zastanawiając się co zrobić. Osoby które pytałem o dworzec wyrażały zdziwienie. Okazało się, że plan miasta w moim przewodniku był nieaktualny: dworzec zlikwidowano, rozbudowując w tym miejscu linię metra, z atrakcyjnym, obłym, kontrastującym z wieżowcami w tle wejściem. Ledwo przekroczyłem jego szklane drzwi wejściowe poczułem ulgę. W klimatyzowanym pomieszczeniu stało kilka osób również chroniąc się przed beznadziejnym upałem. Niektórzy zjeżdżali schodami w dół na perony, ale ruch o tej porze dnia był znikomy. Spytałem w okienku o możliwość pozostawienia plecaka w jakiejś przechowalni. Nic takiego nie było. Postanowiłem dojechać do lotniska metrem i tam przechować bagaż.


 
Doładowałem swoją szarą kartę komunikacyjną kupioną, gdy wybierałem się z Dubaju do Abu Dhabi po przyjeździe. Okazało się, że dubajskie metro ma tylko dwie, ale za to długie, dwukrotnie przecinające się linie: czerwoną i zieloną. Pociąg częściowo jechał pod ziemią, częściowo na powierzchni, pozwalając zobaczyć, jak rośnie miasto, w którym według przewodnika – nieco już nieaktualnego – pracowała ¼ wszystkich dźwigów świata. Pasażerowie stanowili mieszankę ludzkich ras, która w czasie największych upałów unikała wychodzenia na powierzchnię. Przypomniało mi się chińskie miasto Nanjing zimą 2008 roku, z rozbudowanymi podziemnymi korytarzami, do którego schodziło się dość dyskretnymi wejściami, pełne butików, sklepików i małych restauracyjek, okupowanych przez młodzież podczas gdy ubodzy, starzy i uśmiechnięci Chińczycy woleli spotkania w parku, tańcząc do charczącego magnetofonu i grając w przeróżne gry planszowe.
Za pozostawienie plecaka w przechowalni zapłaciłem 20 dirahm i wróciłem metrem do centrum. Obszedłem kawałek południowego nadbrzeża przy Zatoce Dubaju, gdzie na mapie jako atrakcje zaznaczono między innymi tekstylny bazar, wielki meczet i dwie świątynie hinduistyczne. Idąc wąskim przejściem bazarowym co chwila wołano do mnie proponując kupno czerwonej chusty. Wyciągałem rąbek z torby z lekkim uśmiechem sugerującym przewagę.
– Już mam!
– Ile zapłaciłeś?
– Nie pamiętam. Kupiłem w Jordanii kilka lat temu.
– Byłeś w Jordanii?
Na odchodne kiwałem głową z poczuciem wyższości.

 
 

 

Jeżeli ktoś odwiedzał świątynie w Indiach, niekoniecznie te największe i starożytne jak w Madurai, nawet małe, wiejskie, pełne kolorowych bóstw, adorowanych z zapałem, zapachów kadzideł, dźwięków dzwoneczków i mantr, świątynie Kriszny i Sikh Gurdwaran w Dubaju nie zachwycą. Są o wiele czystsze niż te na Subkontynencie, ale hinduistyczne świątynie na przykład w Malezji również są czyste. Tam jednak obfitość wszelka działa na zmysły i wprawia w zawrót głowy lub czyni miejsca magicznymi. W dubajskich tego nie odczułem. Po przejściu wąską uliczką, gdzie w małych sklepikach sprzedawano dewocjonalia, strażnik nakazywał zdjąć obuwie i pozostawić na jednej z drewnianych półeczek i wskazywał wąskie schody prowadzące na górę. Tam kobiety i mężczyźni w różnym wieku oddawali cześć swoim bogom w niedużym pomieszczeniu. Odczuwało się, że ta świątynia nie jest we właściwym miejscu a Hindusi poza swoim krajem tu nie osiedli na stałe. Byli przejazdem, żeby zarobić na życie, wrócić do swoich domów i rodzin w Indiach. Nie mieli zresztą innej możliwości, bo rząd Dubaju nie pozwalał emigrantom na przyjęcie obywatelstwa nawet, gdyby przebywali i pracowali w tym kraju kilkadziesiąt lat.
Pojechałem metrem na południe wzdłuż Zatoki Perskiej, która oddalona była około 20 kilometrów. Tam znajdowały się niezwykłe sztuczne wyspy: The World Islands o kształcie kontynentów oraz Palm Jumeirah ze słynnym hotelem w kształcie żagla. Ja jednak chciałem zobaczyć najwyższy budynek świata w biznesowej części miasta. Jego iglica była widoczna już z brzegów Dubai Creek. Wokół Burj Chalifa, który wystrzelił w górę ponad 820 metrów rozciągał się plac budowy, gdzie powstawały kolejne architektoniczne olbrzymy. Nie wyszedłem na zewnątrz; oglądałem wieżowiec i teren wokół, idąc długą przeszkloną rampą w kierunku wielkiego centrum handlowego, w tłumie ludzi ze wszystkich stron świata. Spóźniłem się, słońce szybko zachodziło za Zatoką Perską. Chciałem jeszcze sfotografować nierealne, stłoczone wieżowce w innej części Dubaju, wyglądające jak makieta z filmu science fiction, ale nie były one oświetlone jak na przykład Petronas Twin Towers w Kuala Lumpur, skrzące się milionami światełek. W pochmurne, deszczowe noce wydawało się, że światło leje się z nieba na te bliźniacze wieże.

 

 

 
Do odlotu samolotu miałem jeszcze dużo czasu, więc jeździłem metrem od końca do końca czerwonej linii, obserwując ludzi: zmęczonych Hindusów i Pakistańczyków z małymi pakunkami, zachodnich biznesmenów czytających gazety, młodzież o różnych kolorach skóry, zajętą swoimi smarfonami, ze słuchawkami w uszach. Od jednego końca stacji do drugiego jechało się godzinę. W końcu wróciłem na lotnisko.
Siedziałem w fotelu robiąc mały bilans podróży. Kolejny raz przekonałem się o gościnności muzułmanów. Pan Abud Said z Haimy po dwóch dniach znajomości traktował mnie jak członka rodziny. Tego samego doświadczałem osiem lat wcześniej w pustynnej oazie Teizent w Mauretanii, potem w pakistańskim Multan, u Beduinów żyjących w Safawi we wschodniej Jordanii, w Syrii i u rdzennych Malajów. Żadna propaganda nie wmówi mi, że ci ludzie są a priori wrogo nastawieni do Zachodu. W tych podstawowych warstwach stosunków międzyludzkich istnieje naturalna potrzeba pomocy, ciekawość innego. Ludziom na wyższych szczeblach władzy najbardziej zależy na utrzymywaniu ciągłego napięcia, bo to konstytuuje ich jako obrońców wartości i kultury. Prości ludzie dogadają się ze sobą nawet nie znając innego języka poza swoim rodzimym. O ile nie zostali już skutecznie zmanipulowani chorymi ideologiami i nacjonalizmami. Rozkładając po ciemku swój namiot w parku w Omanie, wśród grupek miejscowej młodzieży wyobraziłem sobie co by było, gdyby w takich okolicznościach jakiś Arab pojawił się w sobotni wieczór w takim miejscu w którymkolwiek mieście w Polsce. Kiedy jestem pytany po powrocie czy się nie bałem odpowiadam zawsze to samo: bardziej obawiam się nieraz przejść ulicą własnego miasta po zmroku.
Moim głównym celem były warsztaty z dziećmi. Nie przygotowałem się do tego właściwie, nie próbowałem skontaktować z jakąkolwiek oficjalną stroną omańską związaną z edukacją i dlatego tylko dzięki pomocy pana Abud Saida zdobyłem materiały rysunkowe. Tam również istnieje biurokracja…

Podróż była krótka, za krótka. Zbyt mało czasu spędziłem w Haima, nie poznałem wystarczająco dużo miejsc, w ogóle nie byłem na wybrzeżu Omanu, w górach pozostałem niecałe dwa dni. Chciałbym wrócić do tego kraju, na pewno nie o takiej porze roku, być może z rodziną, wynajmując samochód, bo Oman jest bardzo przyjazny.