sobota, 25 października 2014

Dubaj - pożegnanie z Półwyspem Arabskim - dzień 11

Dzień 11

Wstałem wypoczęty i zregenerowany. W autobusie prócz „lokalsów” byli pasażerowie z Afryki, Pakistanu, Indii i Sri Lanki a także dwie Francuzki – matka z córką oraz młody Niemiec. Kiedy wjeżdżaliśmy do jednego z miast, zobaczyłem w różnych miejscach duże grupy najemnych pracowników z Pakistanu, czekających z narzędziami na transport do pracy. Choć polityka „omanizacji” ograniczała przypływ siły roboczej z zewnątrz i oficjalnie liczba ta nie przekraczała 30 procent, byli oni zauważalni wszędzie. W połowie drogi odprawy odbywały się w paru punktach odległych od siebie kilka kilometrów. Bardzo szczegółowo sprawdzono chłopaka ze Sri Lanki oraz dwóch Murzynów. O 11.15 byliśmy na terenie Emiratów. Wokół wciąż rozciągały się pustynne wzgórza.


 
Wysiadłem na ostatnim postoju w Dubaju, owinąłem głowę chroniąc się przed słońcem, zarzuciłem plecak i ruszyłem w kierunku zaznaczonego na planie miasta dworca Deira, skąd miały odjeżdżać autobusy na lotnisko. Liczyłem, że znajdę tam przechowalnię bagażu i do późnego wieczora będę mógł swobodnie obejrzeć kilka miejsc w mieście. Szedłem w cieniu szerokim chodnikiem Al Rigga Road, czasem wychodząc na palące słońce, kiedy natrafiałem na przerwę między wysokimi budynkami. Powodowało to momentalnie większe zmęczenie i dyskomfort. Na skrzyżowaniu z Omar Bin Al Khattab wypatrywałem stanowisk autobusowych. Miejsce się zgadzało: po przeciwnej stronie znajdował się Panorama Hotel Deira, lecz autobusów nie dostrzegłem. Zjadłem w hinduskiej restauracji zastanawiając się co zrobić. Osoby które pytałem o dworzec wyrażały zdziwienie. Okazało się, że plan miasta w moim przewodniku był nieaktualny: dworzec zlikwidowano, rozbudowując w tym miejscu linię metra, z atrakcyjnym, obłym, kontrastującym z wieżowcami w tle wejściem. Ledwo przekroczyłem jego szklane drzwi wejściowe poczułem ulgę. W klimatyzowanym pomieszczeniu stało kilka osób również chroniąc się przed beznadziejnym upałem. Niektórzy zjeżdżali schodami w dół na perony, ale ruch o tej porze dnia był znikomy. Spytałem w okienku o możliwość pozostawienia plecaka w jakiejś przechowalni. Nic takiego nie było. Postanowiłem dojechać do lotniska metrem i tam przechować bagaż.


 
Doładowałem swoją szarą kartę komunikacyjną kupioną, gdy wybierałem się z Dubaju do Abu Dhabi po przyjeździe. Okazało się, że dubajskie metro ma tylko dwie, ale za to długie, dwukrotnie przecinające się linie: czerwoną i zieloną. Pociąg częściowo jechał pod ziemią, częściowo na powierzchni, pozwalając zobaczyć, jak rośnie miasto, w którym według przewodnika – nieco już nieaktualnego – pracowała ¼ wszystkich dźwigów świata. Pasażerowie stanowili mieszankę ludzkich ras, która w czasie największych upałów unikała wychodzenia na powierzchnię. Przypomniało mi się chińskie miasto Nanjing zimą 2008 roku, z rozbudowanymi podziemnymi korytarzami, do którego schodziło się dość dyskretnymi wejściami, pełne butików, sklepików i małych restauracyjek, okupowanych przez młodzież podczas gdy ubodzy, starzy i uśmiechnięci Chińczycy woleli spotkania w parku, tańcząc do charczącego magnetofonu i grając w przeróżne gry planszowe.
Za pozostawienie plecaka w przechowalni zapłaciłem 20 dirahm i wróciłem metrem do centrum. Obszedłem kawałek południowego nadbrzeża przy Zatoce Dubaju, gdzie na mapie jako atrakcje zaznaczono między innymi tekstylny bazar, wielki meczet i dwie świątynie hinduistyczne. Idąc wąskim przejściem bazarowym co chwila wołano do mnie proponując kupno czerwonej chusty. Wyciągałem rąbek z torby z lekkim uśmiechem sugerującym przewagę.
– Już mam!
– Ile zapłaciłeś?
– Nie pamiętam. Kupiłem w Jordanii kilka lat temu.
– Byłeś w Jordanii?
Na odchodne kiwałem głową z poczuciem wyższości.

 
 

 

Jeżeli ktoś odwiedzał świątynie w Indiach, niekoniecznie te największe i starożytne jak w Madurai, nawet małe, wiejskie, pełne kolorowych bóstw, adorowanych z zapałem, zapachów kadzideł, dźwięków dzwoneczków i mantr, świątynie Kriszny i Sikh Gurdwaran w Dubaju nie zachwycą. Są o wiele czystsze niż te na Subkontynencie, ale hinduistyczne świątynie na przykład w Malezji również są czyste. Tam jednak obfitość wszelka działa na zmysły i wprawia w zawrót głowy lub czyni miejsca magicznymi. W dubajskich tego nie odczułem. Po przejściu wąską uliczką, gdzie w małych sklepikach sprzedawano dewocjonalia, strażnik nakazywał zdjąć obuwie i pozostawić na jednej z drewnianych półeczek i wskazywał wąskie schody prowadzące na górę. Tam kobiety i mężczyźni w różnym wieku oddawali cześć swoim bogom w niedużym pomieszczeniu. Odczuwało się, że ta świątynia nie jest we właściwym miejscu a Hindusi poza swoim krajem tu nie osiedli na stałe. Byli przejazdem, żeby zarobić na życie, wrócić do swoich domów i rodzin w Indiach. Nie mieli zresztą innej możliwości, bo rząd Dubaju nie pozwalał emigrantom na przyjęcie obywatelstwa nawet, gdyby przebywali i pracowali w tym kraju kilkadziesiąt lat.
Pojechałem metrem na południe wzdłuż Zatoki Perskiej, która oddalona była około 20 kilometrów. Tam znajdowały się niezwykłe sztuczne wyspy: The World Islands o kształcie kontynentów oraz Palm Jumeirah ze słynnym hotelem w kształcie żagla. Ja jednak chciałem zobaczyć najwyższy budynek świata w biznesowej części miasta. Jego iglica była widoczna już z brzegów Dubai Creek. Wokół Burj Chalifa, który wystrzelił w górę ponad 820 metrów rozciągał się plac budowy, gdzie powstawały kolejne architektoniczne olbrzymy. Nie wyszedłem na zewnątrz; oglądałem wieżowiec i teren wokół, idąc długą przeszkloną rampą w kierunku wielkiego centrum handlowego, w tłumie ludzi ze wszystkich stron świata. Spóźniłem się, słońce szybko zachodziło za Zatoką Perską. Chciałem jeszcze sfotografować nierealne, stłoczone wieżowce w innej części Dubaju, wyglądające jak makieta z filmu science fiction, ale nie były one oświetlone jak na przykład Petronas Twin Towers w Kuala Lumpur, skrzące się milionami światełek. W pochmurne, deszczowe noce wydawało się, że światło leje się z nieba na te bliźniacze wieże.

 

 

 
Do odlotu samolotu miałem jeszcze dużo czasu, więc jeździłem metrem od końca do końca czerwonej linii, obserwując ludzi: zmęczonych Hindusów i Pakistańczyków z małymi pakunkami, zachodnich biznesmenów czytających gazety, młodzież o różnych kolorach skóry, zajętą swoimi smarfonami, ze słuchawkami w uszach. Od jednego końca stacji do drugiego jechało się godzinę. W końcu wróciłem na lotnisko.
Siedziałem w fotelu robiąc mały bilans podróży. Kolejny raz przekonałem się o gościnności muzułmanów. Pan Abud Said z Haimy po dwóch dniach znajomości traktował mnie jak członka rodziny. Tego samego doświadczałem osiem lat wcześniej w pustynnej oazie Teizent w Mauretanii, potem w pakistańskim Multan, u Beduinów żyjących w Safawi we wschodniej Jordanii, w Syrii i u rdzennych Malajów. Żadna propaganda nie wmówi mi, że ci ludzie są a priori wrogo nastawieni do Zachodu. W tych podstawowych warstwach stosunków międzyludzkich istnieje naturalna potrzeba pomocy, ciekawość innego. Ludziom na wyższych szczeblach władzy najbardziej zależy na utrzymywaniu ciągłego napięcia, bo to konstytuuje ich jako obrońców wartości i kultury. Prości ludzie dogadają się ze sobą nawet nie znając innego języka poza swoim rodzimym. O ile nie zostali już skutecznie zmanipulowani chorymi ideologiami i nacjonalizmami. Rozkładając po ciemku swój namiot w parku w Omanie, wśród grupek miejscowej młodzieży wyobraziłem sobie co by było, gdyby w takich okolicznościach jakiś Arab pojawił się w sobotni wieczór w takim miejscu w którymkolwiek mieście w Polsce. Kiedy jestem pytany po powrocie czy się nie bałem odpowiadam zawsze to samo: bardziej obawiam się nieraz przejść ulicą własnego miasta po zmroku.
Moim głównym celem były warsztaty z dziećmi. Nie przygotowałem się do tego właściwie, nie próbowałem skontaktować z jakąkolwiek oficjalną stroną omańską związaną z edukacją i dlatego tylko dzięki pomocy pana Abud Saida zdobyłem materiały rysunkowe. Tam również istnieje biurokracja…

Podróż była krótka, za krótka. Zbyt mało czasu spędziłem w Haima, nie poznałem wystarczająco dużo miejsc, w ogóle nie byłem na wybrzeżu Omanu, w górach pozostałem niecałe dwa dni. Chciałbym wrócić do tego kraju, na pewno nie o takiej porze roku, być może z rodziną, wynajmując samochód, bo Oman jest bardzo przyjazny. 

1 komentarz:

  1. Po każdym wyjeździe pozostaje niedosyt. Może to i dobrze, bo jest po co wracać.

    OdpowiedzUsuń